Okręciłam się przed lustrem i mrużąc oczy przyjrzałam się uważnie swojej kreacji. Błękitna sukienka z rozkloszowanym dołem, delikatnie muskała moją skórę dłoni. Przejechałam rękoma po tali po czym jeszcze raz spojrzałam w zwierciadło. Nie mogłam się nadziwić, że skończyłam właśnie dziewiętnaście lat.Jeszcze tak niedawno śmiałam się, że jestem taka dziecinna, a teraz... Nie oszukujmy się. Byłam piękna.
Odgarnęłam z twarzy kosmyk blond włosów i schowałam go za ucho. Kiedy poczułam na mojej tali czyjeś ciepłe dłonie momentalnie podskoczyłam. Przekręciłam się w stronę Caleba i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek, tym samym okazując mu moją miłość. Byliśmy parą od trzech lat. Oczywiście, nie obeszło się bez sprzeczek, ale jak dotąd jeszcze nigdy nie rozstaliśmy się w kłótni. Oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie dobrze, mieliśmy dużo tematów do rozmów i tych samych przyjaciół, których dzieliliśmy od początku naszego związku. Poznaliśmy się tak jak chyba większość par. W szkole. Wtedy on był w ostatniej klasie, a ja pierwszej. Od początku między nami iskrzyło, a teraz... teraz był moim najlepszym przyjacielem, a jednocześnie chłopakiem.
-To dla ciebie, kocie.- odezwał się, wręczając mi do ręki małe pudełeczko. Spojrzałam na nie nieco sceptycznie po czym ostrożnie rozchyliłam wieczko. Uśmiech sam wstąpił na moje usta kiedy ujrzałam wisiorek w kształcie serca.
-Piękny...- wysyczałam przyglądając się diamentowi na środku. Był więcej niż piękny. On był cudowny i zapewne drogi, ale w końcu oboje mieliśmy pieniądze, które mogliśmy wydać na co chcieliśmy. Moi rodzice byli wielkiej sławy chirurgami, więc to oni dostarczali mi pieniądze, natomiast matka Caleba nie żyła od pięciu lat, ale za to ojciec był producentem filmowym i to w zupełności wystarczało na tak drobne wydatki jak ten.
-Zastanawiałem się czy nie wybrać pozłacanego, ale w końcu zdecydowałem się na ten. Zresztą, sprzedawczyni mi go poleciłam. Podobno każdy diament jest inny, wyjątkowy. Jak ty.- wyszeptał mi do ucha Cal, całując przy tym moją szyję. Ugięła się z rozkoszy i cicho syknęłam.
-Czekaj!- krzyknęłam łapiąc za dłoń chłopaka, którą starał się rozszyfrować zamek od sukienki.- Mieliśmy iść na tę imprezę.- powiedziałam trochę zaskoczona jego zmianą nastroju. Czyżby zapomniał?
-Niech pomyślę... Może dojedziemy do nich po jednym numerku?- wychrypiał nie spuszczając wzroku z moich oczu. Zaśmiałam się kiedy złapał mnie i agresywnie rzucił na ogromne łoże.
***
Dym tytoniowy i odór alkoholu wdzierał się w moje nozdrza i sprawiał, że zawroty głowy stawały się coraz bardziej uporczywe. Starałam się ignorować ból przez jakiś czas, co niestety było przyczyną osłabienia i odruchów wymiotnych. Dawno nie czułam się tak niedobrze.
Delikatnie odepchnęłam się dłońmi od blatu baru i wolnym, aczkolwiek zdecydowanym krokiem przeszłam przez tłum imprezowiczy. Gdzieś przed oczami mignęła mi sylwetka Caleba, ale nie byłam w stanie dojrzeć większych szczegółów. Zamrugałam kilkakrotnie dochodząc do drzwi po czym szybkim ruchem otworzyłam je.
Zimny podmuch wiatru sprawił, że odetchnęłam z ulgą. To było coś czego potrzebowałam. Osunęłam się po zamkniętych drzwiach, przysiadając na ziemi i biorąc głębokie wdechy. Utkwiłam wzrok w gwieździstym niebie i chcąc jakoś oderwać się od myśli krążących wciąż w koło Caleba skupiłam się na gwiazdach. Zaczęłam bezsensownie liczyć je, choć tak na prawdę wiedziałam, że to nie ma większego sensu. Potarłam twarz dłonią i myląc się po raz trzeci podniosłam mój zgrabny tyłek z betonu. Już miałam wracać do środka, w poszukiwaniu mojego towarzysza, ale moją uwagę przykuł krzyk.
Przestraszona przywarłam do drzwi, zaciskając mocniej dłoń na klamce. Oblizałam wargi odchylając się odrobinę ku przodowi, by umożliwić sobie większy widok.
Dwóch mężczyzn przygniatało do ściany jakiegoś chłopaka. Nie wyglądało to na zwykłą przepychankę. Spuściłam wzrok, widząc w dłoni jednego z mężczyzn broń. Był to zwykły pistolet, niczym się nie wyróżniający. Już miałam się wycofywać kiedy nagle łysy mężczyzna rozejrzał się w koło i spojrzał w moją stronę. Zamarłam z nadzieją w sercu, że jestem w w tej ciemności niedostrzegalna. Na próżno zdały się moje błagania. Mężczyzna nawet nie zdążył zareagować kiedy jego kolega strzelił chłopakowi w głowę. Zaczęły się krzyki, ale nie umiałam skupić się na tym co mówią. Przerażona wbiegłam do środka i ukrywając się przed dwoma typkami znalazłam w tłumie Caleba.
-Jedziemy do domu. Już!- krzyknęłam ciągnąc go w stronę wyjścia. Brunet z uniesioną brwią cicho zaśmiał się po czym przygniótł mnie do ściany klubu. Od razu na myśl przyszedł mi ten biedny chłopak.
-Słońce co jest grane?- spytał szczerząc się jak głupek. Wściekła dałam mu w twarz za ten uśmieszek, a kiedy ten oszołomiony starał się ogarnąć, odnalazłam w jego kurtce kluczyki od auta. Wybiegłam z klubu i otworzyłam drzwiczki od auta szybko wślizgując się do środka.
-Myślisz, że jak nie pójdziesz to nie będą cię szukać? Jeśli jesteś tak naiwna to bardzo mi przykro. I tak cię znajdą i zamorduję, ale jak pójdziesz na policję to przynajmniej spełnisz dobry uczynek, ale co cię to obchodzi. Lepiej myśleć o sobie i swoim tyłku, niż o rodzinie tego chłopaka, która teraz zapewne siedzi i umiera ze strachu o niego.- pierwszy raz dzisiaj Mara była pewna tego co mówi i tego jak to mówi. Ani na moment nie zawahała się, nie pomyślała nawet by przestać. W końcu skończyła i poczuła jak blondynka spogląda na nią złowrogo.
-Dziękuję za pomoc...- bąknęła tylko po czym trzaskając drzwiami wyszła z mieszkania byłej przyjaciółki.
Delikatnie odepchnęłam się dłońmi od blatu baru i wolnym, aczkolwiek zdecydowanym krokiem przeszłam przez tłum imprezowiczy. Gdzieś przed oczami mignęła mi sylwetka Caleba, ale nie byłam w stanie dojrzeć większych szczegółów. Zamrugałam kilkakrotnie dochodząc do drzwi po czym szybkim ruchem otworzyłam je.
Zimny podmuch wiatru sprawił, że odetchnęłam z ulgą. To było coś czego potrzebowałam. Osunęłam się po zamkniętych drzwiach, przysiadając na ziemi i biorąc głębokie wdechy. Utkwiłam wzrok w gwieździstym niebie i chcąc jakoś oderwać się od myśli krążących wciąż w koło Caleba skupiłam się na gwiazdach. Zaczęłam bezsensownie liczyć je, choć tak na prawdę wiedziałam, że to nie ma większego sensu. Potarłam twarz dłonią i myląc się po raz trzeci podniosłam mój zgrabny tyłek z betonu. Już miałam wracać do środka, w poszukiwaniu mojego towarzysza, ale moją uwagę przykuł krzyk.
Przestraszona przywarłam do drzwi, zaciskając mocniej dłoń na klamce. Oblizałam wargi odchylając się odrobinę ku przodowi, by umożliwić sobie większy widok.
Dwóch mężczyzn przygniatało do ściany jakiegoś chłopaka. Nie wyglądało to na zwykłą przepychankę. Spuściłam wzrok, widząc w dłoni jednego z mężczyzn broń. Był to zwykły pistolet, niczym się nie wyróżniający. Już miałam się wycofywać kiedy nagle łysy mężczyzna rozejrzał się w koło i spojrzał w moją stronę. Zamarłam z nadzieją w sercu, że jestem w w tej ciemności niedostrzegalna. Na próżno zdały się moje błagania. Mężczyzna nawet nie zdążył zareagować kiedy jego kolega strzelił chłopakowi w głowę. Zaczęły się krzyki, ale nie umiałam skupić się na tym co mówią. Przerażona wbiegłam do środka i ukrywając się przed dwoma typkami znalazłam w tłumie Caleba.
-Jedziemy do domu. Już!- krzyknęłam ciągnąc go w stronę wyjścia. Brunet z uniesioną brwią cicho zaśmiał się po czym przygniótł mnie do ściany klubu. Od razu na myśl przyszedł mi ten biedny chłopak.
-Słońce co jest grane?- spytał szczerząc się jak głupek. Wściekła dałam mu w twarz za ten uśmieszek, a kiedy ten oszołomiony starał się ogarnąć, odnalazłam w jego kurtce kluczyki od auta. Wybiegłam z klubu i otworzyłam drzwiczki od auta szybko wślizgując się do środka.
***
Ciemne oczy Mary przypatrywały się uważnie blondynce. Wyglądała na przerażoną i roztrzęsioną do cna. Ale czy ona by się tak nie zachowywała widząc morderstwo? Czy nie przybiegła by w środku nocy do swojej najlepszej przyjaciółki by jej się wyżalić?
Nie.
Bo ona nie miała takiego prawa. Nie była mile widziana w domu Blancy. Jej rodzice uważali, że nie powinna zadawać się z tak niską sferą jaką była jej koleżanka. Zresztą dziewczyna chyba podzielała zdanie swych rodziców, bo z czasem widywały się rzadziej. To prawda, Marze nie przelewało się, ale też nie brakowało na najpotrzebniejsze rzeczy. Jednak co o niedostatku mogła wiedzie ta na pozór potulna dziewczyna o jasnych włosach i drobnej posturze? Od zawsze dostawała to czego pragnęła, a pieniędzmi szastała na prawo i lewo.
Ciemnookiej było czasem nawet jej żal. Tego, że nie zaznała prawdziwej czułości i ciepła rodzinnego, a jedyne co znała to życie przepchane forsą.
-Idź na policję.- powiedziała spokojnie szatynka nie spuszczając wzroku z wędrującej w tę i z powrotem przyjaciółki. Blanca uniosła przerażona wzrok po czym utkwiła go w dziewczynie, jakby chciała w ten sposób wypalić jej oczy. Speszona Mara spuściła wzrok i zanurzyła go w zawartości swojego kubka.
-Czy ty siebie słyszysz? Ci faceci zabiją mnie od razu jak pójdę na policję.- odparła ostro.Ciemnookiej było czasem nawet jej żal. Tego, że nie zaznała prawdziwej czułości i ciepła rodzinnego, a jedyne co znała to życie przepchane forsą.
-Idź na policję.- powiedziała spokojnie szatynka nie spuszczając wzroku z wędrującej w tę i z powrotem przyjaciółki. Blanca uniosła przerażona wzrok po czym utkwiła go w dziewczynie, jakby chciała w ten sposób wypalić jej oczy. Speszona Mara spuściła wzrok i zanurzyła go w zawartości swojego kubka.
-Myślisz, że jak nie pójdziesz to nie będą cię szukać? Jeśli jesteś tak naiwna to bardzo mi przykro. I tak cię znajdą i zamorduję, ale jak pójdziesz na policję to przynajmniej spełnisz dobry uczynek, ale co cię to obchodzi. Lepiej myśleć o sobie i swoim tyłku, niż o rodzinie tego chłopaka, która teraz zapewne siedzi i umiera ze strachu o niego.- pierwszy raz dzisiaj Mara była pewna tego co mówi i tego jak to mówi. Ani na moment nie zawahała się, nie pomyślała nawet by przestać. W końcu skończyła i poczuła jak blondynka spogląda na nią złowrogo.
-Dziękuję za pomoc...- bąknęła tylko po czym trzaskając drzwiami wyszła z mieszkania byłej przyjaciółki.
***
Usiadłam na łóżku i złapałam za moją komórkę, ale już po chwili odłożyłam ją na miejsce. Nie umiałam na niczym się skupić, wysiedzieć w miejscu. Co chwilę wstawałam i siadałam nie wiedząc co z sobą począć. W końcu postanowiłam wziąć relaksującą kąpiel i zapomnieć o tym co widziałam. Nie chciałam kłopotów, ani nie chciałam pogrążać mojej rodziny. Jeszcze tego by brakowało, że w gazetach były by nagłówki z moim imieniem i nazwiskiem. Nasza rodzina była idealna i tak miało pozostać, a mi osobiście to nie przeszkadzało.
Zanurzyłam się w ciepłej wodzie z pianą i zamykając oczy dałam się pochłonąć spokojowi, jaki panował wkoło. Żadnego głosu, ani nawet szmeru. Rodzice byli w pracy, zresztą jak zwykle, Brego zapewne biegał po podwórku jak to pies, a ludzie w koło zapewne spali już od dłuższego czasu. Tę ciszę rozdzierało jedynie cykanie zegara i moje przytłaczające myśli, które z każdą chwilą były gorsze.
Mogłam mu pomóc... Krzyknąć... Cokolwiek. Może teraz by żył? Albo chociaż leżał w szpitalu, a nie w zakładzie pogrzebowym? Byłam na siebie wściekła za to, że dałam w sobie wywołać wyrzuty sumienia, a jednocześnie pozwoliłam mu zginąć na moich oczach. Mara zawsze miała dar przekonywania i wywoływania emocji, które nie miały prawa istnieć w moim mniemaniu.
Nagle usłyszałam czyjeś kroki na korytarzu i skrzypnięcie podłogi. Doskonale wiedziałam w którym miejscu to było, bo ta podłoga jedynie przed drzwiami mojego pokoju skrzypiała. Westchnęłam cicho i już otwierałam usta by zapytać kto to, kiedy drzwi od łazienki uchyliły się, a ja zza szyby oddzielającej wannę od reszty pomieszczenia zobaczyłam ciemną plamę.
-Panno Mithey...- rozbrzmiał opanowany i zachrypnięty głos.
___
I jak? Moim zdaniem nieźle, choć pisałam go kilka dni. Co chwilę coś mnie odrywało od tego zajęcia, ale w końcu przysiadłam i dokończyłam.;)