niedziela, 27 stycznia 2013

08.Myślisz, ze zrobiłem to dla szpanu czy dlatego żeby ci pokazać, że mam coś w spodniach?

            Uśmiechnęłam się pod nosem nie mogąc oderwać wzorku o chłopaka. Brunet siedział na podłodze wyłożonej dywanem i już drugą godzinę z rzędu dyskutował z kimś. Wydawał się być tak pochłonięty rozmową, że gdybym teraz wyszła zapewne nawet by się nie zorientował. Co jakiś czas śmiał się cicho, a innym razem sam rzucał tekstami z których ja, nieznająca ich sensu, śmiała bym się. Byłam strasznie ciekawa z kim tak rozmawia. Mogłabym przyrzec, że był to ktoś mu bliski.
   Po kolejnej godzinie znudziło mi się siedzenie i wgapianie w Bruna, który teraz już prawie zasypiał na siedząco. Postanowiłam mu nie przeszkadzać i wkładając na stopy buty podniosłam się z kanapy. Już miałam łapać za klamkę od drzwi wyjściowych, kiedy nagle u mego boku znalazł się brunet. Spojrzał na mnie gniewnie po czym kładąc dłoń na mojej, które chwilowo trzymała klamkę, zamknął drzwi na klucz, znajdujący się w drzwiach.
   -Gdzieś się wybierasz?- spytał z irytacją i jednocześnie złością. Przestał być taki potulny jak na początku, kiedy się tu zjawiłam. Teraz jakby uświadomił sobie swój błąd i to, że za blisko mnie znalazł się nie tylko fizycznie, ale i duchowo.
   -Chyba nie chcesz trzymać mnie pod kluczem?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Uniosłam jedną brew widząc, że nie reaguje.
   -Myślałem, ze boisz się Adama i wszystkich w koło. Oni cię zjedzą.- powiedział pewny swego. Podniosłam głowę ku górze, tak by spojrzeć mu z oczy i lekko się uśmiechnęłam widząc w jego spojrzeniu iskierkę strachu o mnie i obawy. Troszczył się i nawet jeśli robił to tylko ze względu na pracę to mi to w żaden sposób nie przeszkadzało.
    -Poradziłabym sobie.- powiedziałam obracając klucz w drzwiach i lekko je uchylając.
    -Nie możesz wyjść.- powiedział unosząc głos nieco wyżej. Miał rację. Na zewnątrz było już ciemno, ledwo dało się widzieć światła uliczne przez mgłę, a ludzie mieszkający w tej okolicy też nie należeli to przyjaźnie nastawionych.
     -To mnie powstrzymaj.- warknęłam, uśmiechając się przy tym z drwiną. Chciałam go sprowokować, by znów znalazł się bliżej niż powinien i się udało. Chłopak ostro zamknął drzwi drugą ręką, co sprawiło, że teraz moja głowa znajdowała się między jego dłońmi. Mogłam wręcz wyczuć na swojej skórze jego ciepły oddech, zapach jego wody po goleniu i zobaczyć jego wściekłe spojrzenie, jak u zwierzęcia które walczy o swoje mięso.
   -Nie chcesz tego...- powiedział przez zęby z rosnącą wciąż złością. Dla mnie to było zabawne, dla niego straszne.
   -Skąd wiesz czego chcę?- spytałam oddychając równo. Staliśmy tak w ciszy przypatrując się sobie. Bruno powoli się uspokajał, zaczynał się rozluźniać.  Kiedy już miał zamiar odsunąć się i opuścić ręce, delikatnie ujęłam jego twarz w swoje dłonie. Nie wyrywał się, nie śmiał ani drgnąć. Wciąż stał wpatrzony we mnie jak w obrazek i czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Przejechałam palcem po jego torsie, który opięty w przylegającą koszulkę cały się eksponował. Nie zatrzymałam się jednak u dołu. Zamiast tego wolnym ruchem włożyłam swoją zimną dłoń pod jego t-shirt. Czułam wszystkie mięśnie, to jak powoli oddycha i stara się niczym nie zakłócić tej chwili.
   Wzięłam po cichu wdech po czym nie opuszczając dłoni, które głaskała jego policzek przybliżyłam się jeszcze o parę minimetrów. Teraz stykaliśmy się wręcz nosami.  Powoli zbliżyłam swoje usta do jego ucha po czym wyszeptałam:
   -Chcę ciebie...- słychać było tylko te słowa i cykanie zegara wiszącego nad moją głową. Brunet ostrożnie objął mnie w pasie i szybkim ruchem przyciągnął do siebie tym samym dotykając swoimi wargami moich. Robił to tak delikatnie i spokojnie, że czułam się jakbym powoli wzlatywała ku górze. Czułam na swoich plecach jego ręce, które zaciskały się na mojej zielonej koszulce nocnej.
  Ostrożnie pogłębiłam pocałunek rozchylając swoim językiem jego wargi, tak bym mogła dostać się do środka. Chłopak odwdzięczył się tym samym i w końcu namiętność wzięła górę. Minęło może kilka minut, a my znaleźliśmy się w salonie na kanapie. Można powiedzieć, że nie mieliśmy czasu by dostać się do sypiali, bo już w połowie drogi byłam całkiem naga, a on do połowy.
   Mogłabym przyrzec, że ta cała zabawa w kotka i myszkę trwała wieki, a tak na prawdę wszystko działo się w zatrważająco szybkim tempie.

***

          Oparłam głowę o tors chłopaka i nie spuszczając wzroku z telewizora ucałowałam miejsce w którym znajdowała się blizna postrzałowa.  Leżeliśmy na podłodze koło kanapy, bo na niej za bardzo się nie mieściliśmy w dwójkę. Bruno cały czas coś nucił pod nosem, melodię, której jeszcze nigdy nie słyszałam. Właściwie to przez cały nasz stosunek w ciągu tej nocy nucił coś, a ja nie mogłam rozszyfrować go. Nie specjalnie mi to przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Sprawiało, że miałam ochotę odgadnąć co się za tym kryje.
   -Co to za melodia?- spytałam jeżdżąc palcem po jego miednicy. Czułam, że się uśmiecha, nie musiałam nawet patrzeć w jego stronę by to wiedzieć. Nigdy jeszcze nie czułam się tak dobrze jak tej nocy. Caleb w porównaniu do Bruna był niczym. Nie wiem czemu jeszcze wczoraj wieczorem, byłam przekonana że go kocham. Teraz pewnie uznacie mnie za zdzirę, bo po jednym numerku skreślam mojego byłego chłopaka. To nie tak... Caleb robił to dla szpanu, po to by zaspokoić swój popęd i chęć przelecenia, każdej laski w mieście, a Bruno... On to robił spontanicznie, nawet sam się nie spodziewał, że do tego dojdzie. Gdyby teraz byłą tu ta pielęgniarka, której odebrało dech na jego widok zapewne padła by z wrażenia i sama by chciała być na moim miejscu. 
   -To... Kołysanka, którą kiedyś śpiewała mi mama. Zawsze ją nucę, kiedy... No wiesz.- dodał.
   -Kiedy kogoś bzykasz.- stwierdziłam. Rozbawienie chłopaka na twarzy było przeogromne, a kiedy zaśmiał się na głos po prostu chciałam mu za wtórować. Jego śmiech był zaraźliwy i to bardzo.
   -Bzykam? Dobre sformułowanie.- powiedział całując mnie w czubek głowy i odgarniając mi włosy z twarzy.
   -Nie umiesz wypowiedzieć takich słów?- spytałam siadając przodem do niego po turecku. Brunet oparł się na łokciach i uśmiechnął się lekko.
   -Bzykać, zaliczać, przelecieć, posuwać, ru*hać?- spytał unosząc jedną brew wyżej i znów wybuchając śmiechem.- Słońce znam, te słowa, ale wolę mówić, że okazuję komuś swoje uczucie. W końcu przelecieć kogoś, a pokazać mu co się czuje i kochać go to dwie różne sprawy. Myślisz, ze zrobiłem to dla szpanu czy dlatego żeby ci pokazać, że mam coś w spodniach? Tak jak Caleb? Muszę się rozczarować. Nie dlatego to zrobiłem. A ty? Dlaczego to zrobiłaś?- spytał siadając przede mną. Był tylko w bokserkach i wręcz nie mogłam oderwać wzroku od jego ciała. Był za przystojny. Zdecydowanie.
   -Ja... Nie wiem. Tak wyszło.- powiedziałam speszona. Spuściłam wzrok zalewając się przy tym rumieńcem. Jak mogłam go tak wykorzystać? Przecież zanim to zrobiliśmy nic nie czułam. Widziałam tylko to co powierzchowne, podobał mi się.
   -To jak wyglądam prawda? Nie sądzę byś zrobiła to by mieć na swoim koncie kolejnego naiwnego. Nie jesteś taka...- powiedział brunet przysuwając się do mnie i oplatając mnie swoimi nogami w pasie.- Co czujesz?- spytał. Zachowywał się jak jakiś psychoterapeuta, ale podobało mi się to.
   -Źle...- wydukałam unosząc wzrok i patrząc mu w oczy.- Cały czas widzę go... Widzę jego twarz, to jak się śmieje ze mnie, jak mnie rozbiera...- mówiłam powstrzymując napływające mi do oczu łzy.- Potrzebuję cię, twojego spokoju i opanowania. Pomagasz mi żyć.- powiedziałam patrząc w jego duże, smutne oczy, które teraz jakby jeszcze bardziej się uspokoiły. Bruno przyciągnął mnie do siebie i nie zważając na to, że jestem kompletnie naga przycisnął mnie sobie do klatki piersiowej. Płakałam jak najęta nie mogąc przestać myśleć, że Caleb na prawdę to zrobił.
   -Spokojnie... Damy radę. Jestem z tobą. Tylko pomóż mi go znaleźć. Proszę...- wyszeptał mi do ucha. Bezgłośnie poruszyłam wargami na znak zgody, a on jakby to odczytał z moich myśli jeszcze mocniej mnie do siebie przytulił. Ciepło jego ciała dawało mi ukojenie.
   -Na końcu miasta jest opuszczona fabryka tytoniu. Zawsze tam się ukrywał lub chodził by się odstresować. To wielkie kupsko cegieł ledwo stoi i zapewne niedługo rozleci się.- powiedziałam spokojnie, ale jednocześnie łamiącym się głosem.- Nie zostawiaj mnie.- dodałam kiedy chłopak już wstał i zaczął się ubierać.  Nie miałam mu mówić. Może zrobił to tylko po to by wyciągnąć informację?
   -Nie zostawiam. Ubieraj się. Musimy to zgłosić, nie możesz zostać tu sama.- powiedział zapinając spodnie. Podszedł do mnie i delikatnie łapiąc mnie w tali podniósł do pionu. Złożył na moich ustach pocałunek, którym zapewnił mnie, że nadal coś czuje po czym nie zważając na moje protesty zaczął ubierać. Z boku zapewne wyglądało to jak jakaś komedia, zwłaszcza kiedy musiał wcisnąć mi na nogi wąskie rurki, ale w końcu mu się udało. Mnie jednak tak wykończyły wspomnienia, że nie miałam siły nawet mu za to podziękować. Po prostu wsiadłam do auta i przysięgając sobie, że w nim posprzątam usnęłam.

____
  Kolejny napisany w szybkim tempie. Wena mnie dopadła i mam nadzieję, ze potrwa jak najdłużej. Dla mnie takim Bruno jest ferie, które ciągle trzymają mnie przy życiu;D Co do samego rozdziału to mi się podoba, ale nic się nie dzieje i jest taki przesłodzony. Myślę jednak, że takie też są potrzebne;)
Dedykacja: Ten rozdział po prostu muszę zadedykować Boddie po naszej rozmowie w czasie kiedy go pisałam. Mam nadzieję, że nie zawiodłam cię co do ilości zboczonych słów, które ostatnio pojawiają się w moim wydaniu zdecydowanie za często;D

środa, 23 stycznia 2013

07.-Póki jestem z tobą.

             Niepewnie otworzyłam oczy i rozejrzałam się w koło. Pierwsze co przykuło mój wzrok to zielone ściany i biały sufit. Od razu wiedziałam gdzie jestem i chyba każdy by wiedział, zwłaszcza że przyczepione było do mnie parę tysięcy kabelków i maszyna monitorująca pracę mojego serca.
   Wydałam z siebie ciche jęknięcie na widok wentyla na moim prawym nadgarstku. Od kiedy pamiętam bałam się tego i zawsze kiedy tylko wiedziałam to u kogoś mdliło mnie. Nawet gorzej niż na widok krwi. Szybko odwróciłam wzrok w drugą stronę i utkwiłam spojrzenie w oknie. Przez szybę wpadało jasne światło, co dawało mi do zrozumienia, że jest dzień i jednocześnie, że spałam dość długo zważając, że wyszłam z domu dość wcześnie.
    -Dzień dobry.- odezwała się pielęgniarka wchodząca właśnie do mojej sali. Blondynka uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie po czym związała włosy w kucyk i podeszłam bliżej przyglądając się mojej karcie.  Byłam w lekkim szoku kiedy wyjęła spod fartucha strzykawkę i małą tubkę z jakimś płynem po czym wypełniła nim narzędzie.
   -Czy to jest konieczne?- spytałam patrząc z obrzydzeniem na strzykawkę wypełnioną lekiem. Kobieta posłała mi szczery uśmiech i zgrabnym ruchem uderzyła palcem w znienawidzone przeze mnie narzędzie, tak że powietrze wyleciało.
   -Trzeba było myśleć zanim zażyłaś pokaźną ilość amfetaminy.- powiedziała ostro i już podchodziła kiedy ktoś wszedł do pokoju.  Korzystając z okazji, że kobieta odwróciła wzrok, ukryłam rękę pod białą pościelą i przebiegłam wzrokiem po pomieszczeniu na końcu zatrzymując go na postaci stojącej w drzwiach.  Ciemnooki chłopak stał oparty o framugę i jak zwykle z poważną miną przypatrywał się pielęgniarce, której jakby odebrało dech. Strzykawka, którą miała zamiar mnie doprowadzić do zawału, opuściła na podłogę i nawet się po nią nie schyliła.
   Uniosłam jedną brew wyżej, widząc jak nie może się ani przez moment ruszyć z wrażenia.
  -Witam. Nazywam się Bruno Withon.- powiedział wyjmując z pod kurtki odznakę i okazując ją kobiecie.- Chciałbym zadać poszkodowanej kilka pytań.- powiedział, ale nie widząc reakcji dodał.- Mogę?- powiedział.
  Nawet nie wiem kiedy blondynka znikła, a ja zostałam sam na sam z moim osobistym ochroniarzem. Brunet przeszedł kilka metrów, złapał między palce strzykawkę, którą wcześniej opuściła dziewczyna i obrócił ją w dłoni po czym podszedł do zlewu i wszystko wylał.
  -Nie daj się tu niczym faszerować. Niczym czego nie jesteś pewna.- powiedział spokojnie wyrzucając narzędzie do kosza i opierając się o parapet przy jedynym w tym pokoju oknie.
  -Jak się tu znalazłam? Co się stało?- spytałam. Na usta chłopaka wstąpił delikatny uśmiech.
  -To ja jestem tu od zadawania pytań.- powiedział po czym szybko spoważniał i podszedł bliżej. Złapał za jedno z metalowych krzeseł, obrócił je oparciem w moją stronę po czym usiadł na nim okrakiem i utkwił we mnie swoje brązowe oczy. Spokojnie oddychał, wszystko kontrolował i jak zwykle nie spuszczał mnie z oczu.
   -Ale ja chcę cokolwiek wiedzieć! Nic nie pamiętam!- warknęłam podnosząc się do pozycji siedzącej.
   -Znalazłem cię w jednym z klubów. Wzięłaś jakieś narkotyki, nie wiem jak, ale podejrzewam, że wcisnął je ci ten twój chłopak. Caleb tak?- spytał. Przytaknęłam tylko słuchając dalej.- Widziałem go jak uciekał. Wyminął mnie, ale nie mogłem go gonić. Musiałem zawieźć się do szpitala i zawiadomić mojego przełożonego.- zaskoczona otworzyłam szerzej oczy. Nie rozumiałam. Czemu mieli powiadomić policję?
  -Ale... Jak to? Zawiadomiłeś kogoś że brałam?! Czy ty wiesz, że rodzice mnie zabiją?!- wrzasnęłam odruchowo wręcz.
  -Nie zawiadomiłem ich o narkotykach. To wykryło badanie tutaj, w szpitalu. Przekazałem im tylko, że zgwałcono cię.- siedzieliśmy w ciszy. Brakowało mi słów, jakiegokolwiek argumentu, że kłamie. W którymś momencie moja broda zaczęła się trząść, usta rozchyliłam lekko chcąc nabrać więcej powietrza w płuca, ale potem już nie umiałam ich zamknąć. Siedziałam jak wryta na twardym materacu i tylko wgapiałam się w Bruna z rozdziawioną buzią. Po policzkach popłynęły mi łzy goryczy. Momentalnie wszystko zaczęło mnie boleć, całe ciało. Brzydziłam się siebie.
   Wspomnienia wróciły. Zajście w toalecie, to jak brałam wręcz śmiertelną dawkę, tylko po to by Caleb był szczęśliwy. On mnie wykorzystał.
   -Przykro mi. Powiedz mi tylko gdzie mogę go znaleźć.- w pierwszym momencie pomyślałam, że go wydam, że zniszczę go, ale w końcu ja go kochałam. Nadal. Byłam gotowa mu to wybaczyć. Nie mogłam powiedzieć gdzie jest, gdzie przesiaduje całymi dniami bo w końcu by go zamknęli, ale jeszcze lepiej, kazali by go ze mną skonfrontować. Musiałabym patrzeć mu w oczy i przepraszać, że wydałam go policji. Mimo wszystko on był dla mnie najważniejszy.
   Pokręciłam głową na znak niezgody po czym obróciłam się na drugi bok i wtuliłam w poduszkę.
  - Blanca... Musisz mi powiedzieć. Musimy go znaleźć. On jest przestępcą, a ty dobrze o tym wiesz. Chcesz go jeszcze kryć po tym co ci zrobił?- spytał spokojnie brunet przechodząc w koło i kucając przed moją twarzą.
   -Nie... On jest niewinny... Wyjdź stąd.- powiedziałam zamykając oczy i ocierając przy tym łzy dłonią.- Wyjdź!- krzyknęłam nie słysząc kroków. W końcu odszedł. Zamknął za sobą drzwi i znikł. Wzięłam głęboki wdech, otworzyłam oczy i utkwiłam mój pusty wzrok w białym suficie.

***

         Podkuliłam kolana pod brodę i zamrugałam powiekami nie odwracając ani na moment wzroku od drzwi, który były otwarte od kilku godzin. Czekałam, aż ktoś przez nie wejdzie i mnie zabierze z tego piekła. Liczyłam, że rodzice w końcu zechcą bym wróciła do domu, ale im było to obojętne. Zamiast nich przybył po mnie ten sam chłopak, którego kilka dni temu wyrzuciłam za drzwi. Od tamtego czasu nie przyszedł ani razu. Co prawda co jakiś czas przychodził jakiś policjant, próbując wyciągnąć ze mnie gdzie jest Cal, ale nic nie mówiła. po prostu milczałam, a oni tylko mówili, że potrzebuję więcej czasu, że w końcu wszystko wygadam. 
   Wiem, ze bardzo zraniłam Bruna, kiedy kazałam mu wyjść, uważał, że powinnam mu dziękować za to, że uratował mi dupę, ale ja nigdy nikomu nie dziękuję. Nie przepraszam, nie jego. Jedynym wyjątkiem był Caleb, którego kochałam. 
  -Dzień dobry.- powiedział oschle brunet wchodząc do środka i łapiąc za torbę stojącą koło łóżka. Niechętnie wstałam po czym wolnym krokiem ruszyłam korytarzem. Przez całą tą długą wędrówkę, chłopak trzymał się blisko mnie.
  -Nadal będziesz mnie pilnował?- spytałam nico za ostro. Powinnam była go teraz traktować łagodnie? Niee... Na pewno nie będę tego robić.
   -Tak, ale tym razem gdzie indziej.- powiedział kiedy wsiadaliśmy do jego czarnego mercedesa. Tym razem był tam ogromny bałagan. Wyglądało jakby przeszło tędy tornado. Wszędzie walały się papierowe kubki po kawie na wynos i papierki po hamburgerach. W niektórych miejscach była jakaś plama, jakby wylał coś. Wszystko pięknie komponowało się z jego przemęczonym wzrokiem i nieułożonymi włosami. Chłopak wyglądał jakby nie spał od tygodnia i żywił się jedynie fast-foodami. Co raczej było prawdą.
   -Gdzie?- spytałam po jakimś czasie jazdy. Nie odpowiedział jednak do momentu kiedy auto zatrzymało się przed jedną z kamienic. Wszystko było tu tak obdrapane i brudne, ze można było zwymiotować.
  -U mnie.- odparł wyjmując z bagażnika moją torbę i idąc przed siebie. Ja jednak nadal stałam przy aucie. Nie miałam odwagi się ruszyć kiedy co chwilę ktoś przechodził obok. jakiś dresiarz lub naćpany sąsiad mojego ochroniarza. To wszystko wyglądało jak w jakimś filmie. Bruno podszedł do mnie powoli po czym objął mnie w pasie i wręcz siłą zaciągnął do swojego mieszkania na ostatnim piętrze.
  -Nic ci tu nie grozi. Przynajmniej póki trzymasz się mnie. Nie bój się...- powiedział spokojnie otwierając drzwi.  Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to  ściany w kolorze morskim, białe meble i wielki telewizor na ścianie. Widać było, że ma dobrze płatną pracę. Dziwiło mnie tylko, że zamieszkiwał w tak niemiłej okolicy.
   -Ciężko jest zachować spokój kiedy koło domu kręci się jakiś zakapturzony facet.- powiedziałam patrząc przez okno na mężczyznę. Bruno podszedł do mnie i z uśmiechem na twarzy spojrzał na niego.
    -To Adam. Siedział za włamanie i dilerkę. Niegroźny póki...- przerwałam mu.
   -Póki jestem z tobą.- dokończyłam patrząc mu z oczy. Brunet jakby zdjął swoją maskę, której używał od jakiegoś czasu i cicho się zaśmiał nie spuszczając ze mnie wzroku.
    -Dokładnie.- odparł ukazując mi swoje śnieżno białe zęby. Dopiero teraz udało mi się dostrzec coś co zaczęło mnie w nim pociągać. Ten uśmiech, ta radość i oczy, które mimo wszystko były dziś radosne. Cieszył się, że tu byłam, bo był u siebie, bo mógł w końcu wyłożyć się w fotelu i obejrzeć telewizję, a nie siedzieć w aucie i objadać się hot-dogami i innym świństwem.
   -Co powiesz na lazanię w moim wykonaniu?- spuściłam speszona wzrok kiedy obszedł mnie w koło i złapał w tali obracając w swoją stronę. Zaparło mi dech. Zachowywał się inaczej. Był pewny siebie i zadowolony. Cały czas uśmiechał się.
   -Chętnie...- wydukałam tylko kiedy nasze twarze były zaledwie kilka centymetrów od siebie. Nagle jego oczy pociemniały, usta zacisnął w wąską kresę i delikatnie mnie od siebie odsunął. Znów przybrał swoją maskę i szybko wymijając mnie wszedł jak mniemam do kuchni.

___
Nie należy do najdłuższych niestety, ale musicie mi to wybaczyć. To po prostu chęć skończenia tak, a nie inaczej.

sobota, 19 stycznia 2013

06.- Chcę spróbować. Tu i teraz.

              Wzięłam głęboki wdech, popychając przy tym dębowe drzwi do środka. Momentalnie w moje nozdrza dostał się odór alkoholu i dymu tytoniowego. Nienawidziłam tego zapachu, ale myśl, że gdzieś tam w tłumie jest Caleb, przyprawiała mnie o dreszcze. Pragnęłam go całą sobą i nie ważne co nagadał ludziom lub co niedawno mówił mi Bruno. On nie wiedział jak to wygląda, jak ja to postrzegam. Dla mnie Cal był najważniejszy na świecie, gotowa byłam oddać za niego życie i nawet być maltretowana. Liczył się tylko on.
    Wpadając na parkiet, gdzie rozebrane striptizerki lgnęły do facetów zapragnęłam zwymiotować. Byłam już tu wiele razy, ale w towarzystwie mojego chłopaka czułam się bezpieczniej. Sama zaś byłam do niczego. Mogli mnie porwać i wykorzystać, a ja nie byłabym w stanie nawet krzyknąć.
   Podniosłam wzrok wpadając na jakiegoś ogromnego, mężczyznę po czym widząc jego szeroki uśmiech szybko go wyminęłam. Czułam na sobie jego spojrzenie, kiedy jeszcze wędrowałam w stronę baru, ale po chwili to uczucie znikło. Zastąpiła je natomiast wściekłość, a jednocześnie smutek i żal. Zrobiłam parę kroków w przód przyglądając się siedzącej na jednej z kanap dla klientów parze. Obie osoby znałam rewelacyjnie i nigdy nie pomyślałabym, że są gotowe, by tak mnie zranić.
   Caleb siedział oparty o sofę i z uśmiechem na ustach patrzył w dół, na brunetkę, która bez skrupułów, że są w publicznym miejscu robiła mu tak zwaną ,,laskę'' lub ,,loda''. Chciało mi się wymiotować na ten widok. Mara była taka poukładana, odpowiedzialna a dodatkowo przecież miała chłopaka. Liam kochał ją nad życie, a ona puściła się z moim chłopakiem i nie miało znaczenia to, że mnie zostawił przed kilkoma godzinami.
   Całą czerwona na twarzy podeszłam do nich i odkaszlnęłam przerywając tę sielankę. Mara uniosła wzrok wyjmując z ust to... Nie przejdzie mi to przez wargi. A Caleb wciągnął na siebie spodnie po czym przyciągnął do siebie brunetkę i namiętnie ucałował ją w usta. Starałam się przez cały ten czas nie wybuchnąć ani płaczem, ani krzykiem, bo to by znaczyło, że jestem słaba.
   -Szybki jesteś! Dzisiaj rano ze mną zerwałeś, a teraz robisz to z moją najlepszą przyjaciółką?! Przepraszam, byłą przyjaciółką?!- poprawiłam się patrząc w oczy brunetki. Dziewczyna dumnie uniosła głowę i już miała się przytulać do Caleba, kiedy ten gwałtownie wstał i złapał mnie za ręce. Przerażona chciałam się wyrwać, ale ten nawet na to nie reagował. Stał wpatrzony we mnie jak słup soli i starał się sprawić swoim spojrzeniem, bym zapomniała o tym co miało tu miejsce.
   -Myślałem, że mi nie wybaczysz! Chciałem odreagować... Nigdy jej nie kochałem, nawet nie lubiłem. Przecież wiesz, że ta dziwka nigdy mi nie zastąpiła by ciebie.- powiedział cicho dotykając kciukami moich dłoni i pocierając je delikatnie.
    Wszystkie emocje nagle jakby odpłynęły i znikły. Stałam nie mogąc wydusić z siebie słowa. Może byłam taka głupia i dawałam się mu za łatwo, ale nie umiałam się na niego gniewać, nie potrafiłam mu nie wybaczyć. Wcześniej wspominałam już, że wybaczę mu nawet zdradę. Wybaczę. Już wybaczyłam.
   -Caleb... Jak cię kocham. Proszę... Wróć do mnie...- wyszeptałam łapiąc go za koszulkę i przytulając się do niego. Czułam jak się uśmiecha i jak Mara patrzy na nas z zazdrością. Oczywiście, ona już nie zazna spokoju w tym mieście. Zniszczę ją, jej życie i jej związek.
   -Oczywiście, ale... Musisz mi pierw pomóc.- spojrzałam na niego pytająco nie wiedząc czego może ode mnie chcieć. - Chcę spróbować. Tu i teraz.- powiedział wyjmując z kieszeni małą torebeczkę z białym proszkiem. Modliłam się by to nie było to o czym myślę.- Tak. Amfetamina. Zrób to ze mną.- dodał odsuwając mnie na niewielką odległość, tak bym patrzyła mu prosto w oczy. Wiedział, że byłam naiwna, że nie umiałam odmawiać i świetnie to wykorzystywał.
    -Raz. Tylko raz.- powiedziałam z bólem w sercu. Wiedziałam, że sprzeciwiam się swojej naturze i że tym sposobem niszczę swoje dotychczasowe życie.
   Przeszliśmy przez całą salę co jakiś czas witając się z ludźmi, których znaliśmy jedynie z widzenia po czym weszliśmy do męskiej toalety. Nie miałam nic przeciwko temu, bo nie należałam do tych wstydliwych. Kiedy tylko znaleźliśmy się w środku Caleb spojrzał na mnie z uśmiechem po czym wyciągnął w moją stronę rękę. Niechętnie podeszłam bliżej i dałam mu się ucałować w czoło. Usiadłam na sedesie w jednej z kabin, a Cal zamknął za sobą drzwi i kucnął przede mną.
   Jeszcze nigdy tak cholernie się nie bałam. Byłam wręcz przerażona, że się na to godzę, ale widząc jego szczęśliwe oczy po prostu ulegałam.
  -Tylko mi tu nie pękaj.- powiedział wysypując mi na długości przedramienia narkotyk. Spojrzałam na niego zaskoczona.
   -A ty?- wydukałam cicho bojąc się, że ktoś usłyszy naszą rozmowę. Ani na moment wtedy nie przyszło mi do głowy, ze przecież jestem non stop monitorowana przez jednego z policjantów, który nie ma życia prywatnego. Zapewne obserwował mnie z ukrycia i tylko czekał, że śmiertelna dawka dostanie się do krwiobiegu.
   -Wezmę zaraz po tobie. Chcę być przytomny w razie gdybyś robiła głupoty.- powiedział opiekuńczo, odgarniając z mojej twarzy blond włos. Wzięłam głęboki wdech po czym na jednym wdechu wciągnęła przez nos całą zawartość. W pierwszym momencie natknęłam się na uporczywy kaszel, wręcz się dusiłam,jednak po tym jak zakręciło mi się w głowie i jak osunęłam się na ziemię przyszła chwila ukojenia. Poczułam miłe ciepło, które wypełniało mnie od środka, kolory stały się jakby wyraźniejsze, wszystko się do mnie uśmiechało i mówiło takim cieniutkim głosem jak małe dziewczynki. Jedynie Caleb, który machał mi dłonią przed ręką miał swój własny, niepowtarzalny głos. On jednak tak jak cała reszta szeroko się uśmiechał.
   Nagle straciłam czucie w dłoniach i stopach, a może chwilę później nie mogłam poruszyć głową. Widziałam jeszcze tylko jak chłopak zdejmuje ze mnie spodnie i swoje opuszcza w dół. Chciałam krzyknąć, podnieść się, ale nie miałam wystarczająco dużo siły. Wszystko obserwowała jakby z boku. To jak usadza mnie na muszli klozetowej po czym rozbiera do naga. Nie mogłam patrzeć na to jak bezczelnie posuwa moje ciało i jeszcze głośno przy tym sapie. Chciałam płakać, krzyczeć, prosić by przestał, ale zamiast tego to wszystko działo się szybciej. Było coraz gorzej, aż w końcu straciłam przytomność i udało mi się uciec przed tym okropnym obrazem.

Bruno...

     Zgubiłem ją.
   Jak to mogło się w ogóle stać?! Jeszcze nigdy nikogo nie zgubiłem, nigdy jeszcze nie zasnąłem na służbie! To było zbyt niebezpieczne, a jednak. Na moment tylko przysnął, a ona zniknęła. 
   Jak tylko ją znajdę, to ją rozszarpię.- myślałem przejeżdżając przez kolejne skrzyżowanie. Łamałem przepisy na każdym kroku, ale przecież robiłem to po to by ją ratować. Musiałem mieć ja na oku, ona była nieobliczalna. Robiła co jej się podobało. Robiłem to dla jej dobra, a przez jej wybryki mogłem stracić pracę, na której tak bardzo mi zależało.
   Zatrzymałem się przed kolejnym z barów i wbiegając do środka schowałem pistolet za paskiem spodni. Nie chciałem robić popłochu jak w wcześniejszych knajpach. W końcu dla Blancy reputacja była czasem ważniejsza niż życie. Szybkim krokiem przeszedłem w koło parkietu wyszukując sukienki w jakiej widziałem ją ostatnio. Nie było jej jednak ani przy barze, ani na kanapach. Czułem się niezręcznie wchodząc do damskiej toalety, ale nie miałem wyboru. Tam jednak zamiast niej znalazłem dwie dziewczyny, które po chwili wyszły przerażone.
   Wściekły uderzyłem pięścią w ścianę. Do głowy przychodziły mi oczywiście najgorsze myśli z możliwych, choć starałam się ich do siebie nie dopuszczać.
   Zrezygnowany wszedłem do męskiej toalety i zacząłem otwierać wszystkie kabiny po kolei. Pusa, pusta, pusta... I... Zamknięta. Nagle sapanie zza niej ustało i usłyszałem jak ktoś klnie pod nosem. Kiedy tylko drzwi się otworzyły, a chłopak Balcy wyszedł z niej poczułem że coś jest nie tak. Od razu ruszył w kierunku wyjścia i wręcz wybiegł na zewnątrz. Nie miałem jednak czasu za nim biec, bo Blanca potrzebowała mnie bardziej. Jej całkiem nagie i nieprzytomne ciało leżało na zielonkawych kafelkach bezwładnie. Oczy miała zamknięte i była cała posiniaczona, jakby ktoś, a raczej Caleb ją poturbował. 
   Wolnym krokiem podszedłem do dziewczyny, zdjąłem z siebie moją skórzaną kurtkę i okrywając ją nią wziąłem delikatnie na ręce. Idąc przez wielką salę, widziałem jak wszyscy patrzą na mnie i szepczą, słyszałem jak muzyka ucichła, ale nie reagowałem. Ukazałem tylko ochroniarzowi moją odznakę po czym kładąc blondynkę na tylne siedzenie auta sam zasiadłem za kierownicą. Co jakiś czas spoglądałem w lusterko wsteczne by patrzeć czy wciąż oddycha i czy nadal jest nieprzytomna. Wszystko wydawało się być w porządku, ale mimo to postanowiłem dowieść ją jak najszybciej do szpitala i zawiadomić mojego przełożonego o podejrzeniu gwałtu.

____
Nie wiem jak wam, ale mi się podoba. Może przy scenie gwałtu za bardzo to opisałam i chyba jestem jakaś nienormalna. ,,Posuwa''. O ja pier... Możecie mnie znienawidzić po tym opisie, ale cóż. Pogodzę się z krytyką;D Mi mimo wszystko się podoba;D


       

sobota, 12 stycznia 2013

05.Nigdy nie będę dziewczyną, która ma wszystko, a mimo to cierpi i nigdy nie poczuła jeszcze co to miłość.

        Spojrzałam na chłopaka trochę speszona po czym podniosłam się i otrzepując pupę obejrzałam się w stronę domu.
   -Wejdziesz?- spytałam licząc, że się nie zgodzi. On jednak jakby wyczuł czego oczekuję, bo delikatnie uśmiechnął się, podniósł i wlepił we mnie swoje ciemne oczy, mrużąc je przy tym delikatnie.
   -Nie.- powiedział w końcu chłodno, chowając się pod maską komisarza z okolicznej policji, który zawsze był gotów do akcji i obrony.- Posiedzę w aucie przed domem. Tu masz mój numer.- powiedział wręczając mi wizytówkę.- Jak będzie się coś działo to dzwoń.- dodał po czym spojrzał znacząco w stronę drzwi od domu, nakazując tym samym zjeżdżać mu z oczu.
   Schowałam kawałek pergaminu do torebki po czym przeszłam parę metrów i stanęłam w miejscu. Coś we mnie drgnęło, jakby chęć odwrócenia się i posłania temu mężczyźnie uśmiechu, a przecież byłam wkurzona i to bardzo. W końcu spłoszył mi chłopaka i nawet nie mam pewności czy mam jeszcze życie towarzyskie. Szybko jednak odgoniłam natrętne myśli po czym czując na sobie jego zimne spojrzenie przeszłam przez próg domu i zamknęłam za sobą drzwi, oddychając przy tym z ulgą. Czułam się jakby ktoś mnie zaczarował i kazał na ten jeden moment stanąć w miejscu.
   Ależ byłam głupia... Naiwna idiotka, która dała się omamić jakiemuś policjantowi, który i tak ma ją w dupie, a jest tu tylko dlatego, że musi. Mimo wszystko byłam mu wdzięczna, że się zjawił i zareagował, bo kto wiedział czy bym nie uległa Calebowi? W końcu go kochałam i nadal kocham, nad wszystko. Był mi pisany, a ja mu i nie chciałam dać mu osobiście w twarz, to by nas zniszczyło. Teraz mogłam chociaż go przeprosić za przechodnia i powiedzieć, że nawet nie wiem kim jest. W kłamaniu byłam akurat rewelacyjna.
   Pierwsze co zrobiłam po wejściu do mojego pokoju to złapałam za telefon stacjonarny przy moim łóżku i wybierając numer na słuchawce przysiadłam na jego brzegu. Przegryzając wargę oczekiwałam aż odezwie się sekretarka, jak zwykle i nie było i tym razem inaczej. Po trzech sygnałach usłyszałam regułkę, którą znałam na pamięć.
   ,,Hej! Mów co ci leży na sercu, doktor Caleb pomoże.''
   Nienawidziłam tego przywitania, ale musiałam je jakoś przeboleć, bo mój uparty chłopak twierdził, że jestem przewrażliwiona  i w wszystkim widzę podteksty seksualne. Wolałam się z nim nie kłócić o takie drobiazgi, zwłaszcza że wtedy jeszcze byłam dzięki niemu lubiana. Teraz sama miałam swoją paczkę i nawet jeśli nie byłabym z chłopakiem takim jak on i tak pieniądze wszystko by załatwiły.
   -Przepraszam Caleb. Nawet nie wiem kto to był. Na prawdę. Czuję się podle, bo zniszczył nam wieczór. Oddzwoń proszę jak tylko dosłuchasz wiadomość. To ważne. Kocham cię.- dodałam na końcu po czym odłożyłam słuchawkę i opadłam na moje miękkie łóżko. Na prawdę czułam się wstrętnie, ale przecież co mogłam teraz zrobić? Jedynie czekać. Leżałam tak kilka minut w oczekiwaniu na jakiś znak od chłopaka, ale bez rezultatów. W końcu się poddałam. Wstałam, przeszłam kawałek w stronę okna po czym z bezpiecznej odległości zaczęłam przyglądać się czarnemu autu, stojącemu po drugiej stronie ulicy. W ciemności było ledwie dostrzegalne, ale i tak mogłam patrzeć w ten punkt całą noc.  Zrobiłam jeszcze jeden krok po czym usiadłam na parapecie i dotykając czołem zimnej szyby cicho zasyczałam.
     Mijały minuty, kwadranse, godziny, a ja wciąż siedziałam szykując sobie w głowie wypowiedź, jaką zaserwuję jutro mojemu Calebowi, kiedy nagle usłyszałam dzwonek mojej komórki. Jak oparzona zeskoczyłam z parapetu i rzucając się w stronę torebki złapałam za komórkę. Nawet nie patrząc na wyświetlacz wcisnęłam zieloną słuchawkę, oczekując że to Caleb.
   -Śpij.- powiedział ostro głos po drugiej stronie po czym usłyszałam tylko pikanie. Wściekła uderzyłam telefonem o łóżko. Tak na prawdę dopiero Bruno uświadomił mi, że jest późno, a ja ledwo trzymam się na nogach. Może miał rację i powinnam się przespać? Chociaż przez chwilę. W końcu jeśli Cal nie dzwoni teraz, to zapewne zadzwoni dopiero rano.

***

         Przekręciłam się na drugi bok, odgradzając tym sposobem od siebie  natarczywe promienie słońca. Chciałam spać jak najdłużej i w końcu się wyspać, ale telefon który dzwonił od jakichś piętnastu minut bez przerwy nie dawał mi tej przyjemności. W końcu odebrałam z nadzieją, że ktoś da sobie spokój.
   -Spójrz przez okno.- odezwał się zachrypnięty głos. Zamrugałam parę razy powiekami po czym nie odsuwając słuchawki od ucha podeszłam do okna. Zamaszystym ruchem odsunęłam zasłony, pozwalając słońcu oślepić mnie na moment całkowicie. Szybko odwróciłam wzrok, ale po krótkiej chwili skierowałam go znów w kierunku ulicy. Na środku jezdni stał Caleb z jakąś szatynką i obejmując ją w tali cicho się śmiał, patrząc w moją stronę. Oczy zaszły mi na moment łzami, które jednak szybko przepędziłam. Otworzyłam okno na oścież po czym złapałam za najbliższą rzecz jaka stała z brzegu i rzuciłam w stronę chłopaka.
   -Spierdalaj spod mojego domu dziwkarzu!- darłam się jak opętana, a on tylko śmiał się jeszcze głośniej.
    -I kto to mówi?! Twój kolega nadal siedzi przed domem i myśli, że go nie wiedzę! Pieprzona dziwka...- powiedział wręcz niedosłyszalnie po czym obrócił się na pięcie, wypuszczając przy tym z objęć szatynkę. Dziewczyna zaskoczona spojrzała w moją stronę jak idiotka po czym pobiegła za chłopakiem. Zdenerwowana uderzyłam oknem o ramę po czym nie zamykając go rzuciłam się na łóżku. Nie tak miała przebiec nasza rozmowa, o ile tak można było ją nazwać. Miałam mu wyjaśnić wszystko i wytłumaczyć, a zamiast tego jeszcze bardziej zaogniłam sytuację. Po chwili do oczu napłynęły mi łzy i poczułam okropną nienawiść. Nienawiść, którą kierowałam w kierunku bruneta, siedzącego teraz w czarnym mercedesie na przeciwko mojego domu i zapewne popijającego kawę z kawiarni na rogu.
     Momentalnie poderwałam się i nie zważając na to, że jestem w mojej piżamie po prostu wybiegłam z domu, przeszłam szybkim krokiem przez wyludnioną ulicę i szarpnięciem otworzyłam drzwiczki auta. Bruno spokojnie wyszedł na zewnątrz i tak jak się domyślałam, popijając kawę zamknął za sobą drzwi.
    -Spieprzyłaś mi życie! Zjeżdżaj spod mojego domu tym swoim autem! Nie chcę cię więcej oglądać na oczy! Przez ciebie straciłam chłopaka i reputacje! Nie obchodzi mnie ochrona! Po prostu idź...- powoli mój krzyk zaczął zmieniać się w szloch. Z całej siły próbowałam powstrzymać łzy, ale na marne. Brunet stał z zmarszczonym czołem i przypatrywał mi się uważnie, jakby nie rozumiał o co mi chodzi, a ja chciałam tylko żeby znikł z mojego życia raz na zawsze i dał mi święty spokój. Czy tak wiele wymagałam.?
   -Jeśli tego chcesz...- powiedział patrząc na mnie ostro. Chciałam żeby chociaż na chwilę zdjął tą maskę i pokazał swoje prawdziwe oblicze, ale on umiał być tylko zimny, wyrafinowany i chłodny.
   -Boże! Czy możesz choć na moment przestać się tak zachowywać?!- wrzasnęłam, zaciskając dłonie w pięści i uderzając nimi o jego klatkę piersiową. Brunet bez słowa złapał za moje nadgarstki i beznamiętnie opuścił je z dół.
   -Jak?- spytał.
   -Jak zimny drań! Czy dla ciebie ważna jest tylko ta pieprzona praca? Mógłbyś spojrzeć na to tak jak ja!- warknęłam opierając się o auto i krzyżując dłonie na piersi.
   -Nie mogę, bo nie jestem tobą. Postrzegam świat inaczej niż ty. Ty miałaś wszystko dlatego teraz cierpisz, bo nie wiesz jak to jest stracić coś. Przed chwilą straciłaś gościa, który i tak cię nie kochał, ale to nie ma dla ciebie znaczenia, bo ty jesteś zaślepiona. Poleciałaś na kasę i wygląd.- już otwierałam usta by zaprzeczyć, ale chłopak nie dał dojść mi do głosu.- A ja nikogo nie zmuszam do uczucia, nie zmuszam siebie. Nigdy nie miałam wszystkiego i dlatego to, że coś tracę  to jest normalne. Nigdy nie będę dziewczyną, która ma wszystko, a mimo to cierpi i nigdy nie poczuła jeszcze co to miłość. Nie będę.- dokończył po stanął na przeciwko mnie i trochę od niechcenia odgarnął z mojej twarzy blond włosy. - Głowa do góry. Ten dupek nie jest wart żadnej.- powiedział po czym wsiadł do auta.
    -Nie odjedziesz prawda?- powiedziałam pewna swoich słów. Bruno uśmiechnął się delikatnie pod nosem po czym włączył silnik.
    -Nie, ale chyba lepiej będzie jak zejdę ci z oczu. W nocy powinno się spać, a nie obserwować ludzi.- powiedział z odrobiną ironii w głosie po czym odjechał kilka metrów dalej, tak by jego auto stało za kilkoma drzewami.
    Wiedziałam, że już nie wysiądzie, a mimo to nadal stałam na środku jezdni i patrzyłam w stronę samochodu. Miałam nadzieję, że zachowa się jak facet i mnie przytuli, a on? Zero uczucia, zero serca... Nie wiem skąd policja wytrzasnęła takiego dzikusa.

***

        Po raz kolejny wybrałam numer Caleba i przyłożyłam słuchawkę do ucha. Czego tak na prawdę chciałam od niego teraz? Nie wiem. Wybaczenia, rozmowy i tego byśmy może nie darli się na siebie jak para chorych psychicznie. Wzięłam głęboki wdech popijając sok pomarańczowy gdy w słuchawce usłyszałam czyjś zachrypnięty głos. Od razu poznałam, że był to ojciec chłopaka.
   -Dzień dobry. Jest Caleb?- spytałam niepewnie drżącym ze strachu głosem.
   -Nie. Jakieś piętnaście minut wyszedł do tego klubu gdzie zawsze siedzicie. Dziś zapewne nie wróci. Sama wiesz jak jest.- odezwał się przemiłym głosem. Bardzo go lubiłam. Był taki ciepły i miły w stosunku do mnie, często bardziej niż własny rodzice.
   -Tak. Dziękuję.- powiedziałam po czym rozłączyłam się i zarzucając na plecy kurtkę wybiegłam z domu.
__________
   Miał być dłuższy, ale w końcu stwierdziłam, że ciągnę i ciągnę. Poza tym ruszyłam za szybko i boję się, że znów wyjdzie mało rozdziałów jeśli chodzi o akcje i muszę zwolnić, więc nie zdziwcie się jak niektóre rozdziały będą do dupy. ;) Co do tego to mi się osobiście podoba. Pisałam go całego dzisiaj, bo nie mam kompletnie czasu żeby pisać w tygodniu. Kolejny zapewne za tydzień;)

niedziela, 6 stycznia 2013

04.Nauczyłam się być dobra w każdym calu i dlatego to co teraz zrobiłeś zniszczy mnie i moją rodzinę...

          Zdenerwowana kopnęłam kamień napotkany tuż po wyjściu z domu, po czym szybkim krokiem skierowałam się w kierunku parku. Byłam wykończona i ledwo trzymałam się na nogach, ale szłam wytrwale przed siebie, powstrzymując opadające powieki. Czułam się jakbym była na haju, ale nie zwracałam na to uwagi. Moje myśli wciąż krążyły wokół rozmowy z rodzicami i byłam strasznie ciekawa co takiego robił teraz Caleb. Czy w ogóle dotarł do domu i czy przypadkiem nie zasnął na muszli klozetowej w mieszkaniu sąsiadów. Czasem, albo raczej przeważnie, zachowywał się jak dziecko i nie umiał opanować śmiechu w poważnej sytuacji, uwielbiał się bawić i szaleć, a czasem nawet przesadzał, ale mimo wszystko kochałam go. Chyba wybaczyła bym mu bardzo wiele.... A może to było tylko złudzenie?
   Może tylko myślałam, że łączy nas coś niezwykłego, bo nigdy nie zaznałam tej prawdziwej miłości, czułości i bliska.Po prostu wmówiłam sobie, że go kocham, a on tak na prawdę tylko się mną bawi. Przecież nie wiem co robi te całe noce na imprezach, czy przypadkiem nie zabawia się z innymi kiedy mnie nie ma w pobliżu, nie wiem czy czuje to co ja i czy kiedykolwiek patrzył na mnie jak na kogoś kogo można kochać.
   Zaśmiałam się nerwowo i obejmując swoje ciało ramionami usiadłam na jednej z ławeczek. Głowę oparłam o kolana, które wcześniej podwinęła i w takiej pozycji wlepiłam wzrok z drzewo przede mną.
    Czasem wydawało mi się, że jestem pomyłką, że gdyby rodzice mogli to cofnęli by czas i dzień w którym mnie spłodzili. Zapewne wieść o ciąży była dla nich szokiem, bo przecież byli u szczytu kariery. Oni tak na prawdę nigdy nie mieli dziecka, bo nie mieli dla niego czasu. Nawet kiedy mieli wolne woleli przesiadywać na ostrym dyżurze, by sporządzać jakieś notatki służbowe. Po jakimś czasie po prostu zaczęli bać się , spojrzeć mi w twarz i powiedzieć ,,Jesteśmy dla ciebie.''.
    Nie wiem jak długo tak siedziałam. Może kwadrans, a może półgodziny, a kiedy już miałam wracać do domu coś przykuło mój wzrok. Było to ciemne auto, stojące na parkingu przy parku. Mogłabym przyrzec, że już kiedyś je widziałam i było to dość niedawno. Niestety, ale nie zauważyłam żadnych szczegółów, dlatego postanowiłam przejść się koło niego i zobaczyć co jest grane. Już po chwili wędrowałam chodnikiem koło parkingu. To co zobaczyłam było dla mnie szokiem i myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok.Po prostu ludzie byli coraz bardziej chamscy i namolni, a ja już i tak poddenerwowana i zmęczona teraz aż bulgotałam od środka.
   Wściekła szarpnęłam drzwiczkami od mercedesa i utkwiłam wzrok w brunecie, który szukał czegoś nerwowo po kieszeniach.
  -Czy ty mnie śledzisz?!- wrzasnęłam cofając się o krok. Bruno powoli wstał i bez słowa zamknął auto po czym oparł się o nie. Nic nie mówił, po prostu stał i patrzył na mnie z miną pokerzysty. Powoli zaczynała denerwować mnie ta jego skrytość i powaga. Jakby Bóg nie obdarował go językiem.
   -To moja praca.- powiedział wyjmując spod skórzanej kurtki jakiś kawałek plastiku i pokazując mi go jak na filmach. Czułam się jakbym była w ukrytej kamerze. Uważnie przeczytałam co na niej pisze po czym uniosłam wzrok na chłopaka.- Zajmuję się pilnowaniem ciebie i ochroną.- podniosłam jedna brew wyżej z rozbawieniem po czym cicho się zaśmiałam.
   -Po co w ogóle mnie pilnujesz? Nic mi nie grozi.- powiedziałam nieco spokojniejszym tonem.
   - Nie wiem. Takie jest moje zadanie i tylko wykonuję swoją pracę. Zlecił mi ją komisarz Maroon i przykro mi, ale nie przestanę jej wykonywać.- powiedział oschle nawet na mnie nie patrząc.
   Po długich poszukiwaniach wyjął z kieszeni paczkę papierosów po czym odpalił jednego i zaciągnął się wpatrując się gdzieś za mną. Zmrużyłam wściekle oczy po czym odwróciłam się i ruszyłam w stronę domu. Postanowiłam go ignorować i traktować jak powietrze, ale kto by pomyślał, ze to będzie takie trudne?
    Kiedy tylko znikłam za zakrętem usłyszałam odgłos odpalanego silnika auta, a po chwili zobaczyłam je za sobą. Bruno chyba stwierdził, że skoro i tak go już widziałam to może bezczelnie wjeżdżać mi swoim autem w dupę, ale mylił się. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, a wydawało się jakbym szła wiek. W końcu jednak dotarła. Nie odzywając się ani słowem do rodziców od razu wbiegłam do swojego pokoju. I tak miałam dość jak na jeden dzień ich zrzędzenia, a do tego byłam jeszcze tak wykończona. Dobiegała godzina szósta rano kiedy Morfeusz chwycił mnie w swoje objęcia.

***

         Nałożyłam na usta mój ulubiony różowy błyszczyk i chowając go do kuferka zeszłam po schodach. Caleb już stał w holu w swoim czarnym garniturze  Kiedy nerwy już opadły postanowiłam przeprosić go za swoje zachowanie i zaprosić do restauracji w której zwykle bywałam z rodzicami. Lubiłam to miejsce, choć z czasem przestałam tam bywać tak często ja kiedyś. Ostatnio byłam tam pół roku temu na spotkaniu z sławnym chirurgiem, który koniecznie chciał poznać córkę państwa Mithey. Ledwo udało mi się wtedy wysiedzieć spokojnie, kiedy to mówił jakie operacje plastyczne mógłby mi przeprowadzić. Korekta nosa, powiększenie biustu, wstrzyknięcie botoksu w usta i wycięcie tkanki tłuszczowej, której jego zdaniem miałam za dużo. Znienawidziłam tego człowieka, a rodzice nawet nie zwracali uwagi, że mówi on o ich jedynej córce. Wcześniej nie widziałam tych wszystkich wad w sobie. Tego, że jestem płaska jak deska do prasowania, że mam za duży nos czy małe usta, ale kiedy teraz patrzę w usta widzę to wszystko i brzydzę się siebie.
   Przynajmniej tak było do niedawna. Calebowi jednak udało się mnie przekonać, że powinnam doceniać to co mam i nie marudzić na wygląd bo przecież jestem piękna. Nadal jednak został jakiś strach, że ludzie będą wytykać mnie palcem.
   -Ślicznie wyglądasz.- odezwał się szatyn, chowając dłonie do kieszeni spodni garniturowych. Ostatnio miał na sobie ten elegancki zestaw na zakończeniu szkoły czyli około trzech lat temu, ale nadal wyglądał w nim pięknie. Może i teraz był bardziej przylegający, ale to nie ubliżało wyglądowi mojego partnera.
   -Ty tez.- odparłam w końcu, widząc jego minę typu ,, Coś nie tak?''. Nie chciałam mu teraz opowiadać, że jakiś policjant jeździ za mną czarnym mercedesem i możliwe, że jak zobaczy mnie w towarzystwie chłopaka to rzuci się mu do gardła toteż kiedy tylko posłał mi delikatny uśmiech ucieszyłam się.
   -Nie mówisz tego szczerze prawda?- powiedział otwierając mi drzwi frontowe.Przechyliłam głowę w prawo, pozwalając tym samym moim blond włosom zsunąć się zza ucha.
   -Wiesz... Przydało by ci się kupić nowy garnitur. Muszę cię koniecznie zabrać na zakupy.- powiedziałam podchodząc bliżej i stając na palcach by delikatnie musnąć jego usta swoimi. Chłopak oblizał się po czym objął mnie w tali i zamykając za nami drzwi spojrzał mi w oczy. Zmrużyłam moje, jak on to mówił ,,oczyska kociska'' i uśmiechnęłam się delikatnie.
    -Może odpuśćmy sobie kolację? Chętna żeby obejrzeć moja sypialnię?- spytał patrząc na mnie z szerokim uśmiechem. Powoli zaczynałam zastanawiać się czy on przypadkiem nie myśli tylko o jednym i coraz bardziej mnie to przerażało.
   -Caleb chciałam zaprosić cię na kolację, a ty nagle wyskakujesz z takim czymś!- warknęłam krzyżując dłonie na piersi. Momentalnie odskoczyłam w tył kiedy chłopak złapał mnie za ramiona i lekko przycisnął do ściany domu.
   -Daj spokój. Przecież kolacja nie zając, nie ucieknie. Możemy iść jutro.- powiedział rozbawiony. Zmrużyłam wściekle oczy i zaczęłam się szamotać.
    -Puść mnie!- krzyknęłam czując jak jego usta dotykają mojej nagiej szyi. Powoli zaczynałam się o niego bać, że może jest uzależniony od tego, a ja jestem tylko jego gumową lalką, której potrzebuje żeby zaspokoić swoje potrzeby. Dawno nie miałam takie przeświadczenia, że jestem wykorzystywana i sama na to pozwalam.
   -Ale ty jesteś drażliwa!- wysyczał szatyn nie puszczając mnie. Kiedy do oczu napłynęły mi łzy i poczułam jak jego uścisk zaczyna mnie uwierać Caleb nagle mnie puścił, albo raczej ktoś go do tego zmusił. Był to Bruno. Brunet przyciskał mojego oprawcę do ściany i unosząc go niewiele nad ziemią uderzał nim o ścianę budynku.
    Zaniemówiłam z wrażenia i jednocześnie wstydu. Już sobie wyobrażałam co mój chłopak będzie rozpowiadał tym wszystkim kumplom, że jestem dziwką i że jeden z moich klientów zapragnął nabić sobie guza.
   -S...Stop!- krzyknęłam w końcu, a brunet momentalnie przeniósł wzrok z Caleba na mnie.  Jego ciemne oczy patrzyły na mnie jak zwykle, nieufnie i ostro. Zastanawiało mnie cały czas co ten chłopak ukrywa, czemu nic nie mówi i czemu zawsze zachowuje się tak dziwnie, jakby non stop był w pracy.
    Jego silne dłonie puściły Caleba, który tylko posłał mi wściekłe spojrzenie i popychając mojego osobistego ochroniarza lekko w tył, odszedł. Po prostu znikł z mojej posesji i zapewne już i życia, a ja swojego nie będę mieć przez tego policjanta, który z jakichś powodów nie odstępuje mnie ani na krok.
   -Widzisz co narobiłeś?! Wystraszyłeś mi chłopaka! Boże! Czy ty wiesz jakich on bzdur nagada wszystkim znajomym?!- wrzasnęłam ruszając przed siebie. Wiedziałam, że pójdzie za mną, jednak liczyłam na choć minutę prywatności.
   -Skoro bzdur to po co się tym tak przejmujesz? Nie ważniejsza jest prawda, którą znasz?- usłyszałam za plecami. Obróciłam się powoli i cicho śmiejąc się pod nosem spojrzałam w jego ciemne oczy. Pierwszy raz widziałam je zaskoczone i jednocześnie szczęśliwe. Jakby to co powiedziałam przed momentem było żartem godnym nadwornego błazna.
  -Nie ważna jest prawda, tylko co wiedzą ludzie.- powiedziałam siadając na krawężniku przed domem. Bruno uczynił to samo, jedynie on zrobił to bardziej oficjalnie jak przystało na komisarza.
   -Czyli...-zaczął.- Czyli ważne jest jak postrzegają cię inni ludzie niż ty sama? To dla ciebie na prawdę aż tak potrzebne? Nie lepiej byś czuła się dobrze w własnym ciele? - powiedział oschle przybierając swoją stałą maskę.
    -Nauczyłam się, żyć w cieniu rodziny, przyjaciół i bliskich. Nauczyłam się być dobra w każdym calu i dlatego to co teraz zrobiłeś zniszczy mnie i moją rodzinę...- wyszeptałam opierając głowę o podkulone nogi.

_________
  Dawno nie miałam takiego długiego rozdziału. Jak zwykle oczywiście nie chce mi się go sprawdzać, bo jestem zbyt leniwa. A to, ze w ogóle powstał dzisiaj jest tylko sprawką mojego dobrego humoru z powodu oceny na półrocze z fizyki ;) Mam nadzieję, że wam się podoba. Nigdy nie wiem jak pisać rozmowy Bruna i Blancy. ;P

wtorek, 1 stycznia 2013

03.Trzeba było mnie lepiej wychować!

          Głośno krzyknęłam łapiąc za ręcznik i zakrywając się nim. Przede mną stał mężczyzna w średnim wieku z wąsikiem i kilkoma zmarszczkami na twarz. Z zażenowaniem rozglądał się w koło, byle tylko nie spojrzeć w moją stronę.
   -Kim jesteś i co robisz w mojej łazience?!- wrzasnęłam, wychodząc z wanny. Siwowłosy mężczyzna zmrużył oczy i przybierając poważny wyraz twarzy wyjął z kieszeni jakieś odznaczenie. Przyjrzałam się mu uważnie po czym zerknęłam katem oka na twarz mężczyzny.
  -Jestem komisarz Maroon i jestem tu służbowo. Teraz wyjdę, ale czekam tuż za drzwiami.- powiedział spokojnie po czym wycofał się z pomieszczenia i zamknął drzwi. Stałam na środku łazienki owinięta ręcznikiem, z włosami mokrymi od wody i oczyma wręcz wytrzeszczonymi z zdziwienia. Policja w domu państwa Mithey. Już widziałam te nagłówki gazet, te spojrzenia na ulicy i... I wrzaski kiedy rodzice dowiedzą się o tym. Ich nie będzie obchodzić o co tu chodzi tylko dlaczego dopuściłam by psy znalazły się w tym domu. Oni uważali zapewne, że powinnam siłą wyrzucić ich za drzwi, nie ważne czy mnie za to wsadzą do więzienia czy posadzą na krzesło elektryczne.
   Potarłam twarz dłonią, a słysząc pukanie w drzwi szybko się ubrałam.
   -Chwila!- krzyknęłam wciągając na siebie rurki i szary top. Niestety, ale nie dane mi było rozczesać włosów, bo policjant nalegał bym skończyła. Wściekła otworzyłam drzwi od łazienki i wymijając starca usiadłam na sofie w salonie.
    Siedziałam w ciszy, oczekując wyjaśnień i nawet na moment zapomniałam o sytuacji w klubie, ale zaraz mi o tym przypomniano.
   -Dzisiaj między pierwszą, a drugą w nocy został zamordowany pan Victor Vinne. Znaleźliśmy go niecałą godzinę temu przed klubem w którym dzisiejszej nocy była pani.- przerwałam mu kaszlnięciem po czym wtrąciłam się.
   -Tam było wiele osób. To nie była zamknięta impreza z zaproszeniami proszę pana. Skąd, jeśli mogę wiedzieć, wie pan, że uczestniczyłam w niej?- zapytałam podejrzliwie. Co prawda domyślałam się kto jest tak lojalny by nasyłać na mnie policję, ale wolałam nie zapeszać.
    - Niestety, ale nie możemy udzielać takich informacji. Musimy zabrać panią na komendę i spisać zeznania. Wiemy, że widziała pani całe zajście.- momentalnie złapałam dłońmi za włosy. Nie mogłam pokazać się publicznie w takim stanie. W taki, czyli jakby ktoś wyjął mnie właśnie z pralki po długim wirowaniu.

***

  
       Wykończona oparłam głowę na dłoniach i głośno westchnęłam. Byłam wykończona i ledwo trzymałam się na nogach, ale policji najwidoczniej to nie obchodziło bo dalej zadawali pytania.
   -Powtarzam już trzeci raz... Obaj byli łysi i stali tyłem do mnie więc nie widziałam twarz. Krzyczeli coś, ale spanikowałam i uciekałam. Moglibyście mnie wypuścić? Nie śpię od dwudziestu czterech godzin i ledwo trzymam się na nogach.- powiedziałam na jednym wydechu spoglądając spod rzęs na komisarza Maroona. Widać, że sam najchętniej wybrał by się do domu i żony, o ile ją miał oczywiście, ale nie miał wyboru. Procedury.
    Spojrzałam błagalnie, chcąc jak najszybciej wyrwać się z tego piekła.
  -Dobrze. Możesz iść, ale bądź pod telefonem. Możliwe, że będziemy potrzebować twojej pomocy.- przytaknęłam tylko i już miałam wychodzić, kiedy dodał.- Czekaj. Zaraz kogoś załatwię, żeby ciebie odwiózł. Nie będziesz szlajała się po ulicach Londynu o czwartej nad ranem.- chętnie zgodziłam się na zaoferowaną pomoc.
  -Blanca, to jest Bruno. Odwiezie cię pod same drzwi.- powiedział wracając do pomieszczenia z wysokim mężczyzną. Był mniej więcej w moim wieku, miał ciemne włosy i oczy, w które mogłabym patrzeć bez przerwy. Jego pełne usta ani na moment nie przybrały kształtu choćby przypominającego uśmiech. Spojrzał tylko na mnie poważnie, bąknął coś pod nosem co zapewne miało oznaczać przywitanie po czym wyszedł.
  Przez moment stałam oszołomiona i zapewne trwało by to dłużej gdyby nie policjant, który zgrabnie pchnął mnie w stronę drzwi. Obejrzałam się za siebie po czym żegnając wyszłam za Brunem. Chłopak w ciszy wsiadł do czarnego mercedesa, które na pewno nie należało do policji, a było jego własnością.
  Wywnioskowałam to z czystości jaka panowała w środku. Brunet od razu wydał mi się być pedancikiem. Równo wyprasowany mundur, wypastowane czarne, skórzane buty i włosy ułożone w artystycznym nieładzie, nad którymi zapewne pracował kilka godzin przed lustrem w własnym domu. Mogłam tylko się domyślać, że miał żonę, albo raczej dziewczynę, bo na żadnej dłoni nie miał obrączki.
   Kiedy tylko znalazłam się w środku ruszył ulicą i nie zważając na ograniczenia prędkości gnał prosto przed siebie.
   -Myślałam, że policja jeździ przepisowo...- warknęłam wbijając paznokcie w tapicerkę fotela. Ciemnooki tylko delikatnie zwrócił się w moją stronę, ale nic nie odpowiedział. Jakby uważał, że umiem mu czytać w myślach.
   Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, dopiero kiedy zatrzymał się przed moim domem bąknął coś co miało oznaczać mniej więcej ,,Do zobaczenia'' i odjechał.
   Zmrużyłam oczy trochę zła na niego za taki brak szacunku, ale czego mogłam się spodziewać po chłopaku, który nie wyglądał na wychowanego? Potarłam skronie po czym trzaskając drzwiami wejściowymi weszłam do domu. O dziwo, rodzice byli w środku i nawet na mnie czekali. Nigdy nie mieli dla mnie czasu i uważali, że jestem dość dojrzała by odpowiadać za siebie samą. Sądzili, że zadanie wychowania córki przejmą najpierw nianie, a potem pieniądze, które pchali mi do kieszeni. Na prawdę mylili się. Nie pamiętam nawet kiedy ostatnio usiadłam z nimi do wspólnego posiłku. Śmiem wątpić, że było to w święta, bo ostatnio spędzali je w pracy lub na zabawach charytatywnych. Nie martwcie się. Oni nie mają dobrych serc, po prostu kiedy jest telewizja oni też tam są. Było mi za nich tak wstyd, a siebie żal. Żal, że miałam tak odrażających rodziców, na których nie umiałam już spojrzeć inaczej niż na obcych ludzi.
    Dość szczupła i zgrabna blondynka oderwała wzrok od gazety po czym utkwiła go we mnie i zmierzyła mnie od stóp do głów zatrzymując się na moich włosach, których nie zdążyłam nawet rozczesać po kąpieli.
   Ojciec za to nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Siedział zafascynowany jakimś programem telewizyjnym o czwartej nad ranem i tylko gładził naszego psa po głowie.Dopiero kiedy ten poderwał się i podbiegł do mnie obdarował mnie łaskawie zdenerwowanym spojrzeniem.
  -Nareszcie zjawiła się królewna. Gdzie byłaś?- spytał ostro ojciec, wstając przy tym i podchodząc do barku w którym trzymał cały alkohol. Schowałam dłonie w kieszeniach bluzy i spuszczając wzrok jak potulna córeczka powiedziałam:
   - Na imprezie z Calebem. Trochę dłużej się zeszło niż przypuszczałam. Potem jeszcze mieliśmy problem z dotarciem do domu, bo on był całkiem pijany i ledwo trzymał się na nogach...- mówiłam jak nakręcona. Musiałam coś wymyślić, by nie domyślili się co tak na prawdę było grane.
   -Na prawdę? To czemu w wannie jest jeszcze woda, a twój telefon leży na łóżku u ciebie w pokoju?- zamilkłam, rozglądając się po pomieszczeniu z nadzieją, ze dadzą mi spokój i pozwolą pójść spać.- Prawda jest taka, że byłaś na policji. Media już huczą o tym morderstwie i o tobie, jako o świadku. Zawsze musisz być tam gdzie nie powinnaś! Najlepiej trzymać cię pod kluczem i nie wypuszczać!- ryknął na mnie oburzony ojciec. 
   Wiedziałam, że tak będzie, że w końcu się wkurzy, ale co ja mogłam poradzić na prasę i telewizję? Przecież nie robiłam nic celowo.
   -Miałam się udusić na tej imprezie od odoru alkoholu?! Chciałam pooddychać świeżym powietrze. Dziwi mnie, że w ogóle coś was interesuje! Jak dotąd mieliśmy mnie w głębokim poważaniu, a teraz nagle jesteście tacy oburzeni! Trzeba było mnie lepiej wychować!- krzyknęłam po czym wściekła wyrwałam mój telefon ojcu z ręki po czym wyszłam na zewnątrz.

___
Wydaje mi się, że nie jest źle, ale niestety jest średniej długości. Po prostu chciałam urwać w takim momencie, a ja niestety nie umiem pisać rozbudowanych opisów jak co niektórzy ;) Wyszło jak wyszło. Liczę, że podoba się wam i od razu przepraszam za jakiekolwiek literówki czy błędy, ale po prostu pisałam to z przerwami i w końcu odechciało mi się to wszystko sprawdzać.