czwartek, 28 lutego 2013

15.-A miało być tak miło.

                  Przywarłem do brunetki całym ciałem. W końcu nie wytrzymałem. Po moich policzkach spłynęły łzy. Tak wiem. Bruno, twardy i zimny nagle płacze jak mała dziewczynka? Nie. Ja nie płaczę, ja po prostu cierpię. Do niczego nie doszło. Pomyślałam chcąc się uspokoić. Jeszcze do niczego nie doszło, a ja mogłem to powstrzymać. Zanim dziewczyna zdążyła zdjąć mi spodnie złapałem ją za gardło i z całej siły przycisnąłem ją do łóżka, tak że nie mogła oddychać. Zaskoczona nie zorientowała się kiedy wyjąłem broń i przystawiłem ją jej do skroni. Przeniosłem dłoń z szyi na usta, by nie mogła krzyknąć po czym oblizałem wargi. Ciemne oczy Alice patrzyły na mnie z niedowierzaniem. Ona na prawdę myślała, że jestem tak głupi i pozwolę jej sobą manipulować. Niestety, ale się myliła, a teraz byłem gotów strzelić jej kulkę w łeb nawet bez zastanowienia. Cały czas kryła tych sukinsynów, a przy mnie udawała skruszoną i biedną, która za wszelką cenę chce mi pomóc. Zabił bym ją gdybym nie wiedział, że potrzebuję informacji i że gdzieś tam nie czeka na mnie Blanca obwiązana sznurami i zalana łzami.
   -Gdzie ona jest?- spytałem ostro. Poczułem pod palcami jak usta dziewczyny układają się w uśmiech. Zdjąłem dłoń z jej buzi i  ostrożnie przeszukałem ją.
   -A miało być tak miło.- powiedziała, łapiąc mnie za krocze. Odruchowo dałem jej twarz dłonią, w której trzymałem pistolet po czym znów przystawiłem ją jej do skroni. - Ty skur...- zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć. Ruchem palca  naładowałem pistolet, dając jej znać, że mam z sobą kolegę, który może odstrzelić jej łeb w każdej chwili, ale ona zbytnio się tym nie przejęła. Zaczęła się szamotać co na niewiele się zdało kiedy zabrałem jej pistolet i odrzuciłem w kąt pokoju.
   -Teraz ja powinnam dać ci twarz. W końcu mnie dotykasz.- powiedziała rozbawiona. Uśmiechnąłem się pod nosem po czym nachyliłem się i wolną ręką złapałem ją za ciemne włosy. Brunetka pisnęła cicho kiedy podniosłem ją na kilka centymetrów do góry.
   -Gdzie jest?- ponowiłem pytanie, blokując przy tym jej nogi swoimi.
   -Pomówmy może o czymś przyjemniejszym. Na przykład byś mnie przeleciał do końca, a nie tak zostawiasz do połowy  bzykniętą. Jej też takimi torturami dogadzałeś? Nic dziwnego, że uciekła.- odezwała się cichym głosem Alice.
   -Wiesz, że mogę ci wydłubać gałki oczne widelcem, który leży na stole, a potem strzelić ci tym oto pistoletem...- wskazałem głową na broń w mojej prawej dłoni.- Prosto w ten pusty móżdżek? Więc uważaj i mów co wiesz chyba, że chcesz skończyć tak jak twój brat.- powiedziałem. Nawet nie wiedziałem co tak na prawdę mówię. Dopiero po fakcie zrozumiałem kim jest dziewczyna. To była siostra Harry'ego Evansa. Zmieniła nazwisko, ale poza tym była wciąż taka sama. To stąd znałem ten krzywy uśmieszek. Ostatnio widziałem go na ustach jej brata, kiedy próbował zastrzelić ośmiolatkę. Postrzeliłem go, a wręcz zastrzeliłem. Próbowali go odratować, ale na marne. Nic nie dało się zrobić.
   -Ty dupku! Nie powinieneś chodzić po tym świecie! Zabiłeś go! Zabiłeś Harry'ego!- darła się jak wariatka, uderzając przy tym dłońmi w moją klatkę piersiową.
   -On chciał zabić tą małą. Czy ty tego nie pojmujesz?! Zamordował by ją na oczach jej własnej matki! Co byś zrobiła gdybyś to ty był jej mamą?! - warknąłem zły, że daję się wciągnąć w tą dyskusję nie na temat.
   -Nie zabiłabym go. Nigdy. -westchnąłem cicho.
    -Powiedz mi, gdzie jest Blanca a zapomnę o sprawie. Zostawię cię. I tak mam zamiar zrezygnować z pracy w policji. Nie doniosę na ciebie. Proszę, powiedz mi gdzie ona jest...- powiedziałem wpatrując się w jej ciemne oczy, które teraz jakby trochę przycichły i się uspokoiły.
   -Wiesz, że oni zabili całą twoją rodzinę? Zdajesz sobie z tego sprawę? Nawet jeśli ci powiem gdzie są, pojedziesz za nimi, a oni zabiją i ciebie i ją. Bruno to nie ma prawda się udać. Ich jest dwóch, a ty sam. - przymknąłem na moment powieki i spróbowałem się skupić. Musiało być jakieś wyjście. Przecież zawsze są dwie drogi. Każda droga kiedyś się rozwidla.
   -Przecież mam ciebie. Możesz mi pomóc. Alice jeśli staniesz po mojej stronie może się udać. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi...- wyszeptałem, widząc że nie bardzo chce się w to włączać.- Znamy się od małego. Potrzebuję twojej pomocy. Przepraszam za Harry'ego, ale ty nie widzisz, że oni cię zabiją? Potrzebowali cię do tej gry. Zaraz będziesz zbyteczna i będziesz niepotrzebnym świadkiem.  Tylko tak możesz się uwolnić. Jak ją znajdziemy zrobię co zechcesz.- powiedziałem opuszczając niżej broń.
   -Wyjedziesz? Wyjedziesz jak najdalej stąd? Uciekniesz do Europy?- pytała jak nakręcona. Przytaknąłem tylko na znak zgody. -A co jeśli odmówię?- spytała ostrożnie kiedy puściłem obie jej dłonie. W jakiś sposób jej ufałem. Nie w stu procentach, ale jakaś część mnie mówiła mi, że mogę jej zaufać.
    -Wtedy będę musiał cię do tego zmusić, a uwierz, że to nie będzie przyjemne.- na moment zapadła cisza, przerywana jedynie naszym oddechami i cykaniem zegara. W końcu jednak głowa dziewczyny pochyliła się na znak zgody.


Blanca...


                 Oddychałam płytko wsłuchując się w każdy, nawet najmniejszy, dźwięk. Miałam nadzieję, że kiedy się obudzę będę z powrotem u boku Bruna, że będę popijać kawę i chodzić na spacery. Nie rozumiałam co takiego zrobiłam, że musiałam doznawać tak okropnych chwil. Czemu akurat mi się to przytrafiło? Mimo wszystko jednak nigdy nie chciałabym cofnąć czasu. Nie chciałabym zapomnieć i zniknąć. Nie umiałabym zostawić za sobą przeszłość, która równocześnie byłą przerażająca, ale też wspaniała. Gdybym kiedykolwiek zapomniała jak smakują jego usta, jak pachnie jego oddech, jak patrząc na mnie jego ciemne oczy. Nigdy nie będę żałować tego co się stało, ale w tej chwili byłam tak bezradna, że mój umysł płatał mi figle. Ciągle przynosił mi przed oczy jego twarz, moich rodziców, których mimo wszystko bardzo kochałam, przyjaciół, nawet Marę, która ostatnio bardzo mnie zdenerwowała. Byłam gotowa wybaczyć jej wszystko, bo przecież na tym polega prawdziwa przyjaźń. Często się kłóciłyśmy. Wtedy nie widziałam tego jak ona się o mnie troszczy i stara się mnie uchronić przed najgorszym. Chciała dla mnie jak najlepiej, a ja odpłacałam się za to tylko groźbami i ciągłymi wyrzutami. Chciałabym jeszcze kiedyś spojrzeć jej w twarz i powiedzieć.
  ,,Przepraszam.''
  - Nie rozklejaj mi się tu.- warknął Evan, dopijając swoje piwo i gniotąc kolejną już dzisiaj puszkę. Spojrzałam na niego spod rzęs po czym tylko westchnęłam i oparłam się o ścianę.  -Nie martw się. Niedługo przybędzie twój książę.- powiedział z drwiną w głosie. Miałam go serdecznie dość. O ile Edwarda dało się znieść, to Evan był cięgle niezadowolony, non stop mnie zaczepiał i szukał rozmówcy. Najzwyczajniej w świecie się nudził, ale ja nie miałam zamiaru dostarczać mu rozrywki. Przynajmniej nie dobrowolnie. Już rozchyliłam wargi by się odezwać kiedy mężczyzna uniósł do ucha słuchawkę, po czym nic nie mówiąc odłożył ją i skierował się w stronę drzwi.
   -Zaraz wracam.- bąknął na poczekaniu po czym znikł. Korzystając z jedynej takiej okazji, podpełzłam do stolika, na którym znajdowało się w jedzenie i złapałam zębami koktajlowego pomidorka. Szybko znikł w moim żołądku, potem kolejne i kolejne. W końcu udało mi się dobrać do czegoś bardziej pożywnego, a mianowicie kanapki. Miałam spore problemy przy zjedzeniu jej bez umazania się, ale po kilku próbach udało się. Wróciłam na swoje miejsce. Nagle poczułam wibracje.
   Telefon. Zaczęłam się kręcić i wiercić, by w ten sposób wyrzucić telefon na posadzkę salonu. Nie miałam pojęcia jak zadzwonię, ale nie przejmowałam się tym. Na szczęście telefon udało mi się dopaść w momencie kiedy jeszcze dzwonił. To też obróciłam się do niego plecami i przycisnęłam zieloną słuchawkę.
   Już po chwili leżałam na ziemi z uchem przyłożonym do głośnika.
   -Blanca?- odezwał się melodyjny głos jakiejś dziewczyny. Nie miałam pojęcia kto to, zwłaszcza, że na wyświetlaczu pojawiło się imię Bruno, co kompletnie zbiło mnie z tropu.
   -Boże... Nie wiem kim jesteś, ale proszę przyjedź po mnie. Jak najszybciej. Oni zaraz wrócą, a ja nie wybiorę numeru z powrotem. Mam związane ręce i nogi. Nie rozłączaj się...- wyszeptałam, słysząc kroki na korytarzu. Złapałam telefon w ręce po czym znów przylgnęłam do ściany. Zdążyłam jeszcze wytrzeć wargi o własne ramiona i wtedy pojawili się znowu. Obaj zasiedli przed telewizorem.
    Modliłam się by zostawili mnie samą jeszcze raz, ale oni ani śmieli o tym myśleć. W końcu wstali, ale chyba nie po to by się przejść na świeże powietrze, bo tylko podeszli do mnie i z uśmiechami na ustach oblizali wargi.
   -Czas się zabawić.- powiedział łysy podchodząc i, łapiąc mnie za ramiona tak by w końcu mnie położyć. Krzyknęłam kiedy unieruchomił mi ręce i kazał być ,,Grzeczną dziewczynką.'' Wszystkiego bym się po nich spodziewała, wszystkiego, ale nie tego. Co prawda doznałam już raz tego okropnego uczucia, ale wtedy nie kontaktowałam do końca, zresztą robił to ktoś komu po części ufałam.
  Edward zdarł ze mnie moje spodnie po czym sam opuścił swoje. Szarpałam się, wierzgałam, ale na marne. Całkiem zapomniałam o telefonie, którego oni jakimś cudem nie odkryli. Krzyczałam coraz głośniej. Płakałam, prosiłam by przestali, ale tylko ich to bawiło. Napierali na mnie coraz bardziej. Po jakichś piętnastu minutach zamienili się miejscami. W momencie kiedy to robili udało mi się podpełznąć pod kanapę, na której po chwili wylądowałam. I to był mój błąd. Wyrwali mi telefon po czym spojrzeli kto dzwoni. Evan uśmiechnął się złośliwie po czym przyłożył komórkę do ucha.
   -Teraz jest tylko nasza. Możemy jej robić co zechcemy. Chcesz posłuchać?- spytał po czym położył urządzenie na stół.

_____
 Nie jest źle, ale kiedy pisałam ten rozdział mi samej chciało się rzygać. Po prostu ostatnie sceny mnie samą zszokowały. Co prawda miałam zamiar  to zrobić, ale chyba nie tak. Może mniej brutalnie o ile to jest możliwe w ogóle. W każdym razie wyszło jak wyszło. Moim zdaniem na prawdę dobrze, choć wiem, że mój styl pisania ma wiele do poprawki.

niedziela, 24 lutego 2013

14.Raz a dobrze.

           -Nie upieraj się. - odezwał się mężczyzna w siwych włosach po czym wyjął z szuflady broń i obrócił ją w palcach. Wręczył ją brunetce, która przyjęła ją bez wahania. Na moment nasze spojrzenia spotkały się, ale po krótkiej chwili odwróciłem wzrok by wbić go w mojego przełożonego. - Nie powinieneś brać w tym w ogóle udziału.- dodał, jakby tymi słowami mógł mnie przekonać. Czego by nie zrobili i tak bym poszedł ją szukać, a on doskonale o tym wiedział. Wiedział, że ja się nie poddaję i walczę do końca.
  -Czemu ona? - spytałem, spoglądając na zegarek. Piętnasta trzydzieści. Tak mało czasu, a tak dużo do zrobienia. Alice zaśmiała się cicho, chowając przy tym broń  za pasek spodni. Przebiegłem ją wzrokiem. Długie nogi, wąska talia i ramiona, krzywy uśmieszek na równym ustach oraz inteligentne spojrzenie tych ciemnych oczu. Wiedziałem, że mogę na niej polegać, choć znałem ją od zaledwie godziny kiedy to wyjęła mnie z rzeki. Mimo wszystko nie chciałem narażać kolejnej osoby na niebezpieczeństwo.
  -Jestem za równouprawnieniem, a ty?- spytałam ciągle z tym parszywym uśmieszkiem na twarzy. Nie odpowiedziałem. - Daj spokój. Można było się spodziewać, że będzie taka naiwna. A ty jesteś głupi. Miałeś jej pilnować.- dodała, wkładając na dłonie czarne rękawiczki. Posłałem jej tylko wściekłe spojrzenie po czym wyminąłem i wyszedłem z pomieszczenia.
  -Pilnowałem...- wychrypiałem kiedy byliśmy już przy moim aucie.
  -Najwidoczniej źle to robiłeś.- powiedziała. Spojrzałem w jej kierunku. Cały się od środka gotowałem. Nie miała prawa oskarżać mnie nie znając sytuacji. Nie wiedziała o Vivi, nie wiedziała o niczym. Była niedoinformowana, a mimo to potrafiła wysnuwać wnioski z niczego. Zatrzymałem się dosłownie dwa centymetry od niej stykając się swoją klatką piersiową z jej. Na ustach Alice znów pojawił się ten sam uśmiech co w gabinecie szefa. Litościwy i krzywy jakby zjadła cytrynę. - Ja bym jej dopilnowała. Co to za problem trzymać ją na smyczy? Zresztą, dla ciebie to powinno być jeszcze łatwiejsze. Nawet w jednym łóżku spaliście. Szkoda tylko, że ona nie umie walczyć i jest taka potulna. Myślę...- nie dałem jej dokończyć.
   -Nie mów o niej jak o psie. Nawet nie wiesz jaka była. Nie znasz ani jej, ani mnie, więc przestań ujadać choć na moment i mnie posłuchaj.- warknąłem, patrząc jej prosto w oczy. Już się nie uśmiechała. Teraz w miejsce zadowolenia wstąpiła złość. - Nie potrzebuję twojej pomocy, ale wiem że jeśli chcę brać w tym udział muszę cię tolerować. Chcę znaleźć ją jak najszybciej, zabić tych sukinsynów i zapomnieć. Rozumiesz?- powiedziałem już nieco spokojniej widząc jej przerażony wzrok.
   -W takim razie ruszajmy.- szepnęła brunetka składając na moich ustach pocałunek. Zszokowany otworzyłem szeroko oczy, ale nie byłem zdolny by się wyrwać. Po prostu stałem i się jej przyglądałem. Kiedy tylko oderwała się ode mnie wsiadła na motor, który stał obok i poklepała miejsce przed sobą.
   -Co to było?- zapytałem ostro. Brunetka wzruszyła tylko ramionami po czym z tym samym uśmiechem oblizała wargi.
   -Potrzebowałeś tego. Poza tym lubię jak się złościsz.- odparła, kiedy wsiadałem na miejsce kierowcy. Pozwoliłem jej objąć się w pasie, choć wiedziałem, że umiała by się utrzymać i bez tego. Przed wyruszeniem przymknąłem do połowy powieki i przywołałem twarz Blacy. Uśmiech, to ten uśmiech prowadził mnie w niewiadomą stronę, w stronę lasu.

***
     
            Wziąłem głęboki wdech. Świeże powietrze działało na mnie jak adrenalina. Potarłem skronie myśląc o niej. Z każdą sekundą czułem się gorzej i to nie tyle fizycznie co psychicznie. Brakowało mi jej obecności. Przeszukiwaliśmy ten las piąty dzień i nic. Pustka, jednak byłem pewien, ze ona gdzieś tu jest. Czułem jej obecność całym sobą, a może po prostu bardzo tego chciałeś? Podświadomie umysł podstawiał mi przed oczy jej obraz, sprawiał, że czułem jej zapach i słyszałem głos, który non stop obijał się o moje uszy. Palcami wyobraźni gładziłem jej blady policzek, choć wiedziałem, że przecież jej nie ma. Może już nie żyje? Czemu ciągle miałem nadzieję?  Alice miała rację. Powinienem być gotów na najgorsze, zapomnieć i żyć dalej lecz nie wiedziałem jak. Bo jak żyć bez osoby, która jest całym twoim światem, tlenem i słońcem? Każda moja komórka domagała się jej dotyku, zapachu, widoku... Każdy najdrobniejszy włos chciał by go pogładziła, a oczy by zobaczyć jeszcze raz jej lazurowe tęczówki. Jeszcze raz... Tylko raz...
   -Bruno...- usłyszałem za swoimi plecami. Przekręciłem głowę w prawo czując na swoim policzku dłoń Alice. Uśmiechnęła się do mnie blado oczekując tego samego z mojej strony.
   - Co jeśli jej tu nie ma? Jeśli intuicja podpowiada mi źle? Przecież jeśli tu byli, powinny być jakieś ślady... Ona... Na pewno coś zostawiła. Tu coś musi być...- mówiłem, patrząc gdzieś przed siebie.
   -Przykro mi... Bruno, proszę. Wracajmy. Choć do mnie.- powiedziała, łapiąc za moją dłoń. Zacisnąłem na niej swoje palce po czym przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem. Dla Alice też to wszystko było ciężkie. Widziałam ile kosztuje mnie to wszystko, poszukiwania, ciągłe szukanie tropów. A najgorsze było to, że wciąż byliśmy w martwym punkcie.
  -Jeszcze chwilę... Muszę coś sprawdzić.- powiedziałem całując ją w czoło i kierując się coraz głębiej. Czułem na sobie spojrzenie Alice, ale musiałem coś sprawdzić.To znowu ta moja cholerna intuicja. To ona kazała mi zniknąć z pola widzenia brunetki. Podszedłem do Adama i wręczyłem mu apaszkę Balcy, którą zawsze miałem przy sobie.  Zanim zdążył coś powiedzieć nachyliłem się nad jego uchem i wyszeptałem.
   -Idź do Alice i pokaż jej tą apaszkę. Powiedz, że znalazłeś niedaleko. Chcę wiedzieć jak zareaguje.- blondyn przytaknął tylko po czym, jak przystało na dobrego kolegę przebiegł się trochę z krzykiem, wołając, że znalazł. Ja tym czasem ukryłam się za drzewem i oglądałem wszystko w koło. Stałem za daleko by słyszeć o czym rozmawia z Alice, ale widziałem jak dziewczyna z szerokim uśmiechem przyjmuje od niego apaszkę i chowa do swojej torby. Oparłem się o drzewo po czym uderzyłem w nie pięściami z całej siły. To dlatego ciągle staliśmy w miejscu. Ona wszystko sabotowała. Zabierała poszlaki, bym nie znalazł Blancy. Teraz jednak wiedziałem prawdę. Tylko jak miałem to wykorzystać?
   Na słowo ,,wykorzystać'' od razu przypomniałem sobie moją pierwszą noc z Blancą. Okłamałem ją, przespałem się tylko po to by wiedzieć gdzie jest Caleb. Na samą myśl o tym typku robi mi się nie dobrze.
   Potrafiłbym zrobić to samo z Alice? Jednak pytanie powinno brzmieć inaczej. Co chcę osiągnąć i co chciałem zyskać tamtego wieczoru, kiedy to dałem uwieść się Blance.? Nie jestem do końca pewien czy wtedy chodziło tylko o informacje, czy już wtedy podświadomie jej nie pragnąłem.  Zresztą... I tak nie miałem wyboru. Mogłem albo patrzeć jak umiera, albo przespać się z Alice.

***

       -Napijesz się czegoś?- spytała brunetka kiedy rozsiadłem się wygodnie na kanapie w jej salonie. Dom miała ogromny w porównaniu z moją klitką. 
 -Nie!- odkrzyknąłem, oblizując wargi i oczekując aż zjawi się salonie. Brzydziłem się jej, nienawidziłem, ale wiedziałem że nie mam innego wyjścia. Mogę zrobić tylko to by wyciągnąć z niej informacje i to jak najszybciej. Nie miałem pojęcia czy Blanca żyje, a dla mnie liczyła się każda sekunda.
  -Na pewno nic nie chcesz? Mam pyszną herbatę prosto z Londynu...- zaczęła opierając się o framugę drzwi. Powoli wstałem po czym podszedłem do niej i odgarnąłem z jej twarzy kosmyk ciemnych włosów.- Poza tym moglibyśmy się gdzieś przejść. No wiesz... Żeby na chwilę o niej zapomnieć.- w tym momencie zapragnąłem dać jej w twarz. Jak mogła mówić bym zapomniał o kimś kogo kochałem?! Opanowałem się jednak i uśmiechnąłem delikatnie, całując przy tym w usta. Kiedy tylko nasze wargi się spotkały poczułem jeszcze większe obrzydzenie, ale musiałem to powstrzymać. Po prostu musiałem. Miałem tylko nadzieję, że Blanca mi to wybaczy.
  -Zostańmy lepiej tu...- wyszeptałem do ucha brunetki, odsuwając się przy tym na niewielką odległość.  Złożyłem na jej szyi kilka pocałunków i poczułem jak jej paznokcie wbijają się w mój kark. Mimowolnie do oczu napłynęły mi łzy. Nie umiałem całować Alice bez wyrzutów sumienia, bez myśli że to Blanca powinna być na jej miejscu, a mimo to robiłem. W duchu modliłem się, bym dostał to czego pragnę, by mi powiedział gdzie jest.
    Nie zareagowałem słysząc cichy jęk Alice kiedy uderzyła o szafkę nocną. Nie obchodziło mnie to. Chciałem mieć to za sobą.
   Raz a dobrze.- pomyślałem sobie po rzuciłem ją na łóżko.


_____________
Aż dziwne, ale bardzo łatwo mi się go pisało. Łatwo i przyjemnie. Wszystko z perspektywy Bruna, ale w kolejnym już trochę poprzeplatam. Zaskoczyłam was planem Bruna czy nie bardzo? Mogliście się tego spodziewać po wyłudzaniu informacji od Blacy, ale to nic;D Jakby tak przeliczyć to zostały mi może 3 rozdziały + epilog, ale to tak na oko.
         

poniedziałek, 18 lutego 2013

13.Killer miał wielu wrogów, a ty nigdy nie będziesz z nim bezpieczna słonko

              Płytko oddychałam, starając się przy tym stłumić emocje. Serce waliło mi jak oszalałe,  płuca nie nadążały to się kurczyć, to rozkurczać. Przymknęłam lekko powieki koncentrując się na tym co otacza mnie w koło. Chciałam choć na chwilę wyczuć węchem, dotykiem, czymkolwiek, jakieś oznaki gdzie jestem. Wszędzie jednak widziałam tylko ciemność. Po tym jak straciłam przytomność spałam dość długo. Obudziłam się tutaj. W tym ciemnym pomieszczeniu, które co jakiś czas podskakiwało. Podejrzewałam, że znajdowałam się w aucie dostawczym, czy czymś tego typu, ale nie mogłam tego stwierdzić w stu procentach. Moja pamięć też szwankowała. Jedyne co kojarzyłam to jakiś wybuch, krzyki i uderzenie w głowę. Wiedziałam też, że mnie porwali, bo tego chyba nie zapomnę do końca mojego nędznego życia.
   Ale było jeszcze coś, albo raczej ktoś. Nie było go tu, a mimo to czułam jego obecność, to że na mnie spogląda i możliwe, że teraz walczy. Walczy o własne życie. Bruno... Zagryzłam dolną wargę przypominając sobie jego imię. Niestety, ale to nic nie dało. Mimo to po moich policzkach popłynęły łzy, których nie sposób było powstrzymać. Rozchyliłam lekko wargi opadając na coś miękkiego za mną. Teraz było mi już wszystko jedno. Niech mnie torturują, zabiją, cokolwiek. Nie miałam po co istnieć.
   Ale było coś jeszcze... Coś bardzo ważnego, o czym nie mogłam zapomnieć, a zapomniałam. Nie powinnam, a jednak. Jakiś drobiazg sprzed mojego wyjścia z domu. Jęknęłam z bezsilności nie mogąc sobie przypomnieć. Zresztą moje starania i tak były daremne, bo tylko on teraz chodził mi po głowie. Jego oczy, uśmiech, który i tak rzadko widziałam, to zimne spojrzenie, ciepły dotyk, usta, zapach. Nagle wszystko wróciło jakby nigdy nie odeszło. Czułam jego wodę po goleniu, jego ciepłe palce na moim policzku i usta, które całowały mój obojczyk. Jeszcze raz jęknęłam z cierpienia.
  -Niemożliwe...- wyszeptałam tylko uderzając stopami w podłogę. W tym samym momencie gdy to zrobiłam pojazd, czy co to było, raptownie stanęło.  Cicho sapnęłam, słysząc rozsuwanie się drzwi i czyjeś rozmowy. Powoli spojrzałam w tamą stronę, ale zobaczyłam tylko jasne światło, które wręcz mnie oślepiło.
  Czyli mamy dzień.- pomyślałam bez entuzjazmu. Nie miałam się z czego cieszyć. Może prócz tego, że jeszcze żyję i ujrzałam światło dzienne.

***
      Tysiące rannych, płacz, krzyk. Ludzie biegli przed siebie, chcąc uciec jak najdalej od tej katastrofy. Wielu zginęło na miejscu od wybuchu lub po prostu się utopili po wpadnięciu do wody.  Szpitale były przepełnione, lekarze biegali po korytarzach z sali do sali. Próbowali ratować jak największą ilość ludzi. Tylko czy to było warte? Właśnie o tym myślał Bruno leżąc w jednej z sal. W końcu każdy miał coś na sumieniu, ludzie nie byli idealni, wiele im do tego ideału brakowało. On sam czuł się winien temu nieszczęściu. Podświadomie wiedział, że to wszystko jest tylko częścią gry, że oni nie chcą zabić go tak po prostu, że to on ma cierpieć z jakiegoś powodu. A największym cierpieniem jest odebranie mu Balcy. Ostatniej osoby, która jeszcze coś dla niego znaczyła na tym świecie. 
   Brunet uderzył pięścią o białą, wyprasowaną pościel łóżka. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak poważnie jest ranny, że walczy teraz o życie. Dla niego liczyła się tylko ona, a ci którzy ją porwali na pewno wiedzą, że żyje.
   Kolejny szloch, płacz dobiegł jego uszu z korytarza. Nie spojrzał jednak w tamtą stronę. Po prostu wstał i nie zważając na ból w klatce piersiowej ruszył w stronę drzwi. po drodze złapał tylko za komórką, która jakimś cudem ocalała w czasie wypadku. Próbowali go powstrzymać na marne. Szedł przed siebie z łzami w oczach. Przeważnie opanowany i spokojny, teraz wściekły na siebie i ludzi w koło. Nie wytrzymał.
   -Zostawcie mnie!- wrzasnął na całe gardło. Wszyscy ucichli, a każda, choć najmniejsza, para oczu była utkwiona w jego plecach.  Jego zachrypnięty i łamiący się głos rozniósł się w najdalsze zakamarki korytarza. - Blanca...- wyszeptał cicho powstrzymując łzy.
***
          Pisnęłam, czując jak zimne palce dotykają mojego brzucha. Zmrużyłam wściekle oczy i podkuliłam kolana jak najbliżej siebie. To posunięcie jednak za wiele mi nie dawało. Zwłaszcza, że miałam związane nogi i ręce. Już teraz czułam jak lina wbija mi się w nadgarstki, obciera. Spojrzałam tylko w te czarne oczy i zacisnęłam mocniej powieki. 
   -Czemu to robicie?- spytałam spokojnie kiedy w końcu  odsunęli się na kilka metrów i zasiedli na przeciwko mnie na kanapie. Nie miałam tu jakichś okropnych warunków. Zwykły, prostu dom. Od kiedy tylko wysadzili most podejrzewałam, że mnie zastrzelą albo utopią w rzece. oni jednak nadal mnie trzymali i oczekiwali na jakiś znak. 
   Nie uzyskałam jednak odpowiedzi na moje pytania. Zamiast tego usłyszałam tylko cichy śmiech i zobaczyłam jak Edward, bo tak nazywał się mężczyzna z czuprynie, szturcha swoje kolegę imieniem Evan. Wiedziałam, że zapewne nie są to ich normalne imiona, a jedynie wymyślone. Chyba że byli aż tak głupi, by posługiwać się prawdziwymi. Sądząc po ich taktyce nie byłam jednak pewna co do ich głupoty. Trochę oleju w głowie na pewno mieli, co raczej nie było dla mnie plusem.
   -A jak podejrzewasz?Mścimy się. Kiedyś, bardzo dawno temu Bruno zrobił coś co nas zniszczyło, a mu dało przepustkę do cudownego życia i pracy w policji. Doniósł na nas. Wsadzili nas do poprawczaka, a potem kicia na bite  siedem lat. Teraz wyszliśmy. Mieliśmy zamiar tylko go pobić, ale potem okazało się, że zabił mojego brata jak go próbował złapać. -warknął gniotąc puszkę, którą miał w dłoni.
  -Wy zabiliście mu całą rodzinę.- powiedziałam opanowanym głosem. Nie chciałam teraz wybuchać płaczem na myśl co oni mu zrobili, jak bardzo co zranili.
   -Racja. Nie wiem tylko czemu próbowaliśmy ukryć to pod samobójstwami. No, ale to nie my ich zabiliśmy tylko nasi kumple. Killer miał wielu wrogów, a ty nigdy nie będziesz z nim bezpieczna słonko.- Edward zapalił papierosa po czym zaciągnął się i westchnął. - Zostałaś tylko ty. 
   -On już nie żyje.- powiedziałam cicho. Powinni mnie już zabić. Po co mnie trzymali? Chcieli się zabawić czy mnie torturować? 
   -Mylisz się. Żyje. Zapewne siedzi sobie teraz przy biurku na policji i stara się wszystkich nakłonić do poszukiwań. Za chwilę przydzielą mu partnerkę do działań, a potem ruszą na poszukiwania drobnej blondyneczki, która zaraz wybuchnie płaczem.- zaśmiał się patrząc na mnie z udawanym smutkiem. Zaparło mi dech w piersiach. Nie możliwe. Sama widziałam, albo raczej słyszałam jak most się zawala, a on na nim stał. Ja mógł uciec? 
   -Jak?- spytałam na głos sama nie zdając sobie z tego sprawy.
   -Stał przy brzegu. Znalazła go pewna dziewczyna, która uratowała mu życie. Nie martw się. Po tym jak się z nią prześpi i zapomni o tobie ona go tu doprowadzi, a wtedy ból będzie jeszcze większy niż kiedy pamiętał.- starałam się nie okazywać słabości, ale ból był zbyt duży. Spuściłam głowę, ukrywając przy tym twarz w włosach. Swoją drogą, były one w beznadziejnym stanie. Całe poczochrane, w kompletnym nieładzie jakby ktoś wrzucił mnie do śmieci i nimi natarł, a potem kazał tak chodzić.
   -Kłamiecie...- wyszeptałam tylko. Zaśmiali się. tak dobitnie jakby to co powiedziała było najlepszym żartem na świecie.
   -Prześpi się z nią. Przyrzekam ci to.- powiedział łysy podchodząc do mnie i zaklejając mi usta taśmą. Tą samą. Czerwoną. Już nigdy nie zapomnę jak wyglądała.

__________
Za długi to on nie jest. Mam nadzieję, że już jest mnie literówek niż w poprzednim, ale jak czyta się to już któryś raz  z kolei i zna treść na pamięć, to ciężko znaleźć błędy ;) Opisy akcji nie są moją dobrą stroną, choć tu tej akcji nie ma. No, ale nic. Komentujcie <3




czwartek, 14 lutego 2013

12.Jak Romeo i Julia. Ta miłość was zabije.

           - Tak.- odparłam krótko rozglądając się w koło. W końcu jednak musiałam spojrzeć w oczy im obu.  Jeden z nich był łysy, drugi miał bujną, czarną czuprynę i ciemne oczy. Ten pierwszy za to miał coś takiego w sobie, że wydawało mi się iż już go gdzieś widziałam. Przeszywał mnie swoimi niebieskimi oczyma na wylot, jakby chciał zajrzeć w moje myśli. Posłałam mu blady uśmiech, chcąc rozluźnić atmosferę, po czym spojrzałam znów na tego który mówił. - Co się stało?
   -Zlecono nam by dowieść panią na komisariat. Ma pani złożyć jeszcze raz zeznania w sprawie morderstwa.- westchnęłam tylko i spojrzałam na nich pytająco.- Tak, to konieczne.
   -W takim razie poczekajcie chwilę. Muszę zabrać torebkę.- powiedziałam, biegnąc czym prędzej do kuchni. Bruno siedział przy stole i pił moją ostatnią kawę, której nie udało mi się dopić. Zapewne była już zimna, ale on i tak nie zwracał na to uwagi. Był zbyt zajęty rozmyślaniem. Mi zaś było go strasznie żal. Teraz już wiedziałam czemu tak się ode mnie izolował. Nie chciał ściągać na mnie problemów, nie chciał angażować się.
   -Przyjechała policja, chcą mnie zabrać na przesłuchanie w sprawie morderstwa. Wrócę po południu.- powiedziałam całując go w policzek i łapiąc w drodze powrotnej do wyjścia moją torbę. Jakaś wewnętrzna siła kazała mi wyjąć z niej komórkę i wyciszyć, po czym włożyć do kieszeni bluzy. Zrobiłam co nakazał mi instynkt po czym stanęłam w korytarzu. Mężczyźni stali w holu i rozglądali się po całym pomieszczeniu, jakby czegoś szukali.
   -Przykro nam Killer.- wrzasnął jeden, gdy już wychodziliśmy. Czyli się znali, zapewne przyjaźnili i o wszystkim wiedzieli.
   Zamknęłam za sobą drzwi po czym grzecznie pomaszerowałam za mężczyznami w mundurach, którzy teraz  gorąco o czymś dyskutowali, co jakiś czas się przy tym śmiejąc.  Czułam się nieco niezręcznie kiedy otworzyli przede mną drzwiczki prowadzące na tylne siedzenia, ale mimo wszystko grzecznie na nie wsiadłam. Dopiero kiedy auto ruszyło, a wszystkie zamki w drzwiach zostały zamknięte zrozumiałam, że coś jest nie tak. Udało mi się tylko spojrzeć w tylną szybę, ale nie zareagowałam kiedy zobaczyłam tam Bruna, który starał się daremnie dogonić auto. W końcu jednak zniknął gdzieś daleko, a ja poczułam wibracje w kieszeni spodni. Nie wyjęłam jednak komórki, czując na sobie ich spojrzenia. Teraz cała układanka zaczynała nabierać sensu. Już wiedziałam gdzie widziałam jednego z nich. Ta łysa głowa, spojrzenie jak z horroru i grymas na twarzy oraz oczy przepełnione nienawiścią. To on wtedy przed klubem rozejrzał się i zatrzymał wzrok na mnie.  
     Rozpoznał mnie.
   Przełknęłam ślinę mocniej zaciskając dłonie na mojej torebce. Kierowaliśmy się w stronę komendy, tak jak to miało być. Byłam ciekawa kiedy nagle zmienią plan i jak to zrobią. Czy wymyślą coś oryginalnego i zaskakującego. Oni jednak postawili na to, by nic mi nie mówić. Po prostu skręcili w boczną uliczkę, po czym przejechali polną łąką.
   -Dokąd jedziemy?- powiedziałam, starając się powstrzymać drżenie głosu. Widziałam jak mężczyźni spojrzeli się na siebie, po czym łysy obrócił się w moją stronę.
   -Gdzieś gdzie będziemy mogli się zabić, ale najpierw... Poczekamy na Killera.- dodał oblizując wargi po czym z głośnym śmiechem obrócił się przodem do drogi.

Bruno...

        Jak mogłem od razu tego nie zauważyć? Dlaczego nie wstałem i nie sprawdziłem kto przyjechał? Nadal byłem za nią odpowiedzialny,a  zamiast jej pilnować po prostu pozwoliłem im ją zabrać. Dopiero słowo ,,Killer'' sprawiło, że oprzytomniałem. Niewiele osób znało to przezwisko w większości byli to ludzie ze szkoły. To musiał być ktoś z nich.
   Przedarłem się przez tłum ludzi idących spokojnie chodnikiem. Nie byli świadomi, że może gdzieś za rogiem ktoś trzyma w dłoni broń i czeka, że chce ich okraść. Wszyscy byli bezbronni, ale nikt nie myślał teraz o takich sprawach. Śpieszyli się do pracy. Choć może nigdy do niej nie dotrą. W samochodzie byłe po upływie zaledwie kilku sekund, ale i to było za dużo.
   Znikli.
  Wściekły uderzyłem dłońmi w kierownicę po czym ruszyłem z piskiem opon w kierunku komendy. Nie mogli mnie zlekceważyć, nie w takiej chwili. Wszystko sypało mi się na głowę, straciłem Vivi, byłem sam, nie mogłem pozwolić by odebrali mi jeszcze Balce. Ona była moja. Cały czas miałem przed oczyma jej lazurowy błękit oczu, jej śniadą cerę i ten zadziorny uśmieszek. Nie była tak słaba jak Vivi, nie była delikatna jak inne dziewczyny, ale mimo wszystko była zbyt słaba by dać radę dwóm osiłkom, którzy mieli w tych morderstwach jakiś system.
   Jadąc ulicą zastanawiałem się co takiego łączyło ofiary. Teraz byłem wręcz pewny, że to oni zabili moją rodzinę, śmierć Vivi i porwanie Balcy nie były przypadkowe. Wszystko działo się za szybko. Tylko kim był mężczyzna zabity przed klubem na samym początku? Nawet nie znałem jego imienia, nie zapytałam. Uważałem, że to mało istotny fakt, bo w końcu co obchodził mnie zamordowany chłopak. Powinienem był być bardziej pochłonięty tą sprawą, a nie latać w obłokach.
   Na parkingu przed budynkiem policji już na mnie czekali. Wiedzieli, że poległem. Nie powinienem był brać jej pod opiekę, byli lepsi ode mnie, a mimo to wybrali mnie. Dlaczego? Może dlatego, że byłem zamknięty w sobie? Myśleli, że nie stracę głowy, ze moja powierzchowność stanie się atutem. Mylili się. To mnie zgubiło.
   Napięcie przedarłem się przez Adama i Willa stojących w przejściu. Nie chciałam z nimi rozmawiać, chciałem tylko szefa. On miał zająć się tą sprawą, a nie jacyś młodzi i niedoświadczeni. nie mogłem pozwolić sobie na żaden błąd, bo gdyby teraz powinęła mi się noga i ja i Balca moglibyśmy na tym stracić.
   -Bruno, nareszcie jesteś. Dzwonili.- powiedział krótko pokazując mi karteczkę. Wyrwałem mu ją i szybko przeczytałem treść, choć chyba za pierwszym razem do końca jej nie zrozumiałem.
   - Jak Romeo i Julia. Ta miłość was zabije.- odczytałem na głos, unosząc wzrok na komendanta. Dłonie automatycznie zacisnąłem w pięści, choć nadal nie pojmowałem o co tu chodzi. - Co to jest?- spytałem ostro.
   -Pierwsze słowa. Dzwonili na twój telefon domowy, ale przechwyciliśmy rozmowę. Dodali jeszcze, że masz się zjawić za półgodziny na moście Victorii.- słuchałem go jednym uchem, drugim za to wypuszczałem to co mówił do mnie. Podszedłem do biurka po czym  wyjąłem z niego pistolet, który odebrano mi niedawno. Wyrwałem dłoń, kiedy na moim nadgarstku zacisnęły się czyjeś palce po czym posłałem mu gniewne spojrzenie. Cały wrzałem.
   -Wyślemy z tobą paru ludzi, będą...- nie dałem mu dokończyć. Myślałem, że jest mądrzejszy.
   -Nie wspominali bym był sam?- nie otrzymałem odpowiedzi jedynie przeszywające spojrzenie. - Nie możemy ryzykować jej życiem. Po prostu nie możemy. Pojadę sam i dam radę. Będę w kontakcie.- powiedziałem po czym szybkim krokiem wyszedłem z budynku.

Blanca...

            - Już jedzie. Będzie za jakieś pięć minut na moście.- odezwał się łysy mężczyzna obwiązując mi nogi jakąś liną. Cicho się zaśmiałam, chcąc dodać sobie otuchy, ale tak na prawdę straszliwie się bałam. Jeśli Bruno dotrze na most to mogę się z nim pożegnać. Miałam jednak nadzieję, że będzie rozsądny i nie na razi na takie ryzyko i siebie i wszystkich w koło.
  -Myślcie, ze ucieknę? Niby dokąd?- spytałam ironicznie rozglądając się po łodzi. Płynęliśmy w niej Bóg wie gdzie. Wiadukt niedaleko nas nazwany imieniem Victorii był wypełniony po brzegi. Ludzie cieszyli się spoglądając na paradę, która nim wędrowała blokując przejazd. Oni wszystko sobie zaplanowali. Zabili Vivianne w odpowiednim czasie, po to by osłabić Bruna. Dzień założyciela miasta wypadał dziś, to też było zaplanowane, a ten most miał sprawić, że nikt nie zapomni owego dnia. 
   Nie byli jednak tak głupi jak mi się wydawało. Wszystko mieli zaplanowane już od dawana, czekali tylko aż nadejdzie odpowiedni czas by zaatakować w czuły punkt.
  -To w razie gdybyś zapragnęła popłynąć.- obwiązali mi dłonie, a następnie zakneblowali usta czerwoną taśmą, tak by było widać ją z daleka. Modliłam się, by nie wypaść do wody, bo to by był mój koniec. Zapewne nie trudzili by się żeby mnie wydostać. Bo po co? Niedługo nie będę im potrzebna.
   -Popatrz kotku kto tam jedzie  czarnym mercedesem.- niechętnie spojrzałam w kierunku mostu. Był za daleko, nic nie widziałam prócz tłumu ludzi ubranych na zielono, w kolorze jaki był na fladze miasta. - Na pewno zobaczysz go. Tam jest.- dodał łysy łapiąc mnie za policzki i skierowując mój wzrok na nadjeżdżające na most auto. Chciałam krzyknąć, by się wycofał, ale na marne. 
   Kiedy tylko wysiadł z samochodu i podszedł do barierki wiedziałam, że to on. Do oczu napłynęły mi łzy. 
   Spojrzał na mnie.
  Mężczyzna, ten który miał jeszcze na głowie parę włosów, przystawił do usta telefon i czekał. Zobaczyłam jak Bruno wyjmuje z kieszeni swoją komórkę i ostrożnie przystawia ją do ucha, jakby bał się że za moment wybuchnie.
   -Posłuchaj tylko, bo to ostatnie co usłyszysz.- powiedział po czym kiwnął głową na łysego, który szybkim ruchem zdarł z moich ust taśmę. Krzyknęłam z bólu, ale to było odruchowe.
   -Uciekaj!- wrzasnęłam, kopiąc jednego z nich. Nie robiło to na nich większego wrażenia. Znów mnie zakneblowali po czym rzucili na ziemię, tak że nie mogłam się podnieść. Usłyszałam tylko ogromny huk, wrzaski, potem syreny policyjne i strażackie, karetki... Płacze, szlochy, moje własne. Most Victorii, który stał tu od zawsze został właśnie wysadzony w powietrze przez dwóch przestępców, którzy teraz tylko śmiali się patrząc na mnie i moje łzy. Płakałam, bo Bruna już nie było, a moja ostatnia szansa na ratunek uciekła.

____
Jak zaczynałam ten rozdział to jakoś nie miałam weny. Zawsze tak jest, że jak ma być akcja to nie wiem co pisać. Chyba się do tego nie nadaję. W każdym razie jakoś się przymusiłam i napisałam. Moim zdaniem jest nawet okey, ale wiadomo zawsze może być lepiej.;) Dodaję go dziś tylko i wyłącznie z okazji walentynek. Choć sama ich nie obchodzę chcę byście wiedzieli, że kocham tas tak jak Bruno kocha swoją Blance <3
Dedykacja: Dla kochanej Jemi ;) Za to, że jest i mnie wspiera;)
       

poniedziałek, 11 lutego 2013

11.Nie wiem co zrobiłem nie tak, co się takiego stało...

         Bruno...


      Zacisnąłem mocniej dłonie na kierownicy, czując jak cały drżę, płonę od środka. Jeszcze nigdy tak cholernie się nie bałem, nie byłem tak przerażony. Zamrugałem kilka razy gdy obok mnie przejechało auto policyjne na sygnale. Nie musiałem być świadkiem zdarzenia, by wiedzieć gdzie jadą. Zaśmiałem się nerwowo kiedy zobaczyłem w oddali kilka auto policji, karetkę i moich kolegów z pracy. Zawsze dzwonili kiedy mieli akcję, ale jeszcze nigdy nie byli tak przejęci, nigdy nie krzyczeli do słuchawki, bym jak najszybciej jechał, bo ona nie żyje. Nie sądziłem, że dożyję takiego dnia. Zawsze uważałem, że to ja będę pierwszy.
   Zatrzymałem auto i szybko wysiadłem nie zamykając za sobą nawet drzwiczek od niego. Przedarłem się przez skupisko gapiów po czym zatrzymałem się obok blokady utworzonej przez policję. Adamowi nie umknęło to, że się zjawiłem. Podszedł powoli, ale nie rozsunął barierek.
   -Otwieraj.- warknąłem na blondyna, czując na sobie jego litościwe spojrzenie.- Już!- wrzasnąłem nie widząc reakcji.
  -Bruno już po...- wyszeptał tylko. Wściekły przeskoczyłem przez ogrodzenie po czym odpychając go na bok ruszyłem w stronę skąd widziałem jedynie jej nogi. Zawsze na ich widok gwizdałem, zawsze się śmiała, że jestem gorylem, mówiła, że jestem płytki, ale nie przeszkadzało mi to, a wręcz przeciwnie. Tylko przy niej byłem tak szczęśliwy, tak bardzo się otworzyłem. Opowiedziałem o tym co spotkało mnie w życiu. Nikt, nawet Balca nie wiedział ile przeszedłem i nie wiedziałem czy kiedykolwiek się dowie.
   Wyrwałem się dwóm policjantom obrzucając ich tylko pogardliwym spojrzeniem po czym zamarłem. Zatrzymałem się może z dwa metry od niej. Nie przechodziło mi nawet przez myśl, że ona... że ona... że nie oddycha, że jej oczy nigdy się nie otworzą, a usta już nigdy nie ułożą się w uśmiechu.
   Momentalnie upadłem na kolana widząc jej zakrwawione gardło, szeroko otwarte, zielone oczy i bladą jak porcelana cerę. Zazwyczaj uśmiechnięta twarz teraz przepełniona była bólem i smutkiem, strachem i cierpieniem. Nie mogłem pojąć dlaczego akurat ona, jak to możliwe, że to spotkało moją małą Vivianne? Rozpaczliwie zacisnąłem jej dłoń w uścisku. Otworzyłem usta i cicho jęknąłem konając z bólu. Czułem jak moje ciało przebiega zimny dreszcz, dreszcz śmierci. Zapowietrzyłem się ciągle wpatrując się w jej piękne oczy, które zawsze były podziwiane przez wszystkich w koło. Chciałem jeszcze raz ucałować ją, przytulić, usłyszeć jej śmiech z najmniejszej drobnostki i poczuć zapach, który zawsze jej towarzyszył. Lilie i cynamon. Zaskakujące połączenie, tylko jej...
   Kolejny raz wydałem z siebie cichy jęk po czym pozwoliłem popłynąć gorzkim łzą. Straciłem ją... Straciłem moją ukochaną siostrzyczkę.
   Dotknąłem dłonią jej gardła. Gardła, które zostało poderżnięte ostrzem noża. Nie zwracałem uwagi na ludzi, którzy próbowali mnie od niej odciągnąć, krzyczeli, żebym wracał do domu, że nic nie pomogę, ale ja nadal nie wierzyłem. Żyłem tylko dla niej. Pierw rodzice, potem Victor, a teraz ona. Wszyscy po kolei mnie zostawiali
   -Vivi... nie rób mi tego. Obudź się... Proszę... Potrzebuję cię...- mówiłem przez łzy, cały przy tym drżąc. Głośną wrzasnąłem gdzieś w powietrze po czym wstałem układając jej zimną dłoń delikatnie na ziemię. Przeszedłem może kilka metrów, kiedy napotkałem na swojej drodze śmietnik. Kopnąłem go z całej siły i rozejrzałem się w koło.
   Motor.
   Tego teraz potrzebowałem. Adrenaliny.
   Nie zwracając uwagi na protesty kolegów wsiadłem na motocykl po czym z piskiem opon ruszyłem przed siebie. Ograniczenia prędkości mnie nie dotyczyły. Pędziłam najszybciej jak się dało, a i tak było to dla mnie stanowczo za wolno. Kiedy tak jechałem przed siebie widziałem ją. Jej roześmianą twarzyczkę, zalaną rumieńcem, pełne życia oczy, drobne dłonie, które przytulały mnie do siebie. Miała zaledwie szesnaście lat. Nie miała prawda już odchodzić. Nie tak szybko. Zawsze kiedy wychodziła z domu mówiła : ,,Jeśli nie wrócę za godzinę dzwońcie do Bruna. On skutecznie zwalcza robactwo.'', a kiedy uciekała z domu do chłopaka zawsze mówiła ,, Kryj mnie braciszku, bo inaczej wydam sekret warty twojego przyrodzenia.''
   Jaki sekret?
   To, że po pijaku przespałem się z jej najlepszą przyjaciółką, która od zawsze się we mnie podkochiwała. Teraz było to dla mnie śmieszne, wtedy bałem się kary i policji.
    Docisnąłem jeszcze bardziej gaz zbliżając się do zakrętu. Nie chciałem już tu być, chciałem być z moją Vivi, móc ją przytulić i zobaczyć jej uśmiech. Westchnąłem  mrugając kilka razy powiekami.
   ,,Zależy mi na tobie''
   ,,Chcę ciebie...''
   Rozległ się głos w mojej głowie, a potem kolejne słowa, które obijały mi się o uszy.
   ,,Potrzebuję cię...''
    Tak strasznie mi zależało na niej, a jej na mnie. Nie mogłem... Nie mogłem się zabić. Nie teraz kiedy ona siedziała w domu i czekała na mnie. Liczyła, że wrócę do niej, powiem co się stało i będzie jak dawniej. Wyhamowałem skręcając powoli po czym stanąłem w miejscu. Zsiadłem z motora po czym kopnięciem pchnąłem go gdzieś w bok. Postanowiłem się przejść. Potrzebowałem powietrza. Potrzebowałam Vivi.

Blanca...

           Przeszłam po raz kolejny po korytarzu rzucają w kąt paczkę papierosów, którą od jakiegoś czasu się bawiłam. Dłonie mi drżały, cała drżałam z wściekłości. Wyszedł tak po prostu i znikł. Bez tłumaczeń, bez wyjaśnień. Bałam się tej okolicy, ale to nie było ważne. Bałam się o niego. Nie było go od czterech godzin przez ten cały czas zdążyłam wypić już pięć kawa i dwa napoje energetyczne więc czułam się jakbym zaraz miała zwymiotować, ale dzięki temu przynajmniej jeszcze trzymałam się na nogach. Zapewne i tak nie dałabym rady zasnąć. Nie w takim momencie. 
   Odskoczyłam w tył słysząc przekręcanie klucza w drzwiach. Kiedy tylko zobaczyłam go w drzwiach z przekrwionymi oczyma, które zapewne wylały dziś nie jedną łzę, przestraszyłam się. Zanim przyszedł mówiłam sobie, że jak wróci rzucę mu się do gardła i nawrzeszczę na niego, teraz jednak bałam się do niego podejść. Utkwiłam wzrok w jego oczach, które bez ustanku spoglądały na mnie. Staliśmy w ciszy, przypatrując się sobie. Nie wiem ile czasu upłynęło nim podszedł do mnie i pozwolił siebie dotknąć.
    Przejechałam dłonią po jego wilgotnym policzku po czym poczułam jak zostaję uniesiona nad ziemię. Usłyszałam jego szloch, cichy jęk kiedy złożyłam pocałunek na jego ustach i zrozumiałem, że on tego nie chce, że potrzebuje tylko pocieszenia z nieznanego mi powodu. Tak na prawdę nie musiałam wiedzieć co się stało, starczyło mi, że widziałam jak cierpi. Bruno przeniósł mnie do kuchni po czym posadził na blacie stołu i wtulił w mój dekolt. Nic nie mówiłam, nie pytałam. Całą noc siedziałam w kuchni i jedynie gładziłam jego głowę, szeptałam, że wszystko się ułoży. W końcu oboje wylądowaliśmy na zimnej posadce w kuchni. Wtulona z Bruna starałam mu się jakoś pomóc, ale było tylko gorzej. Siedziałam tak ściśnięta w jego ramionach i mimo bólu nie narzekałam.
   -Mam siostrę... Ma na imię Vivianne.- zaczął nad ranem, kiedy już zaczynałam przysypiać. Uniosłam lekko głowę by spojrzeć mu w twarz, ale wtedy chłopak docisnął mnie tylko dosbie do torsu i ucałował w czubek głowy.- To piękna blondynka o zielonych oczach i cerze jak u porcelanowej lalki. Zawsze uśmiechnięta, zadowolona z życie, trochę rozkapryszona i sarkastyczna, ale kochana...- mówił z coraz większym trudem. Jego zaciśnięte dłonie na mojej koszulce zaczynały mi ciążyć. - Tak bardzo ją kocham... Tak bardzo...- mówił przez łzy.
   -Co się stało?- spytałam, ale on chyba nie słyszał moich słów, bo ciągnął dalej.
   -Tak ją kocham... - westchnął rozluźniając uścisk, ale nie puszczając mnie.- Kiedy miałem siedemnaście lat, a ona jedenaście nasi rodzice popełnili samobójstwo. Do tej pory nie wiemy co tak na prawdę się stało. Po prostu którego wieczoru zszedłem do piwnicy i... Zobaczyłem ich powieszone ciała. Nic nie wskazywało na morderstwo, a wszystko na samobójstwo, ale ja i tak wiem i wiedziałem swoje. Oni się nie zabili... Za bardzo nas kochali...- przerwał. Chyba chciał zobaczyć jak zareaguję, ale mi odebrało mowę. Zacisnęłam mocniej palce na jego koszuli, do oczu napłynęły mi łzy, ale nie popłynęły. Ugrzęzły gdzieś między sercem, a mózgiem, który zabraniał mi uronić choć łzę.
   -Co było dalej?- spytałam, czując że on potrzebuje podzielić się tym z kimkolwiek.
   -Po dwóch latach zdążyłem ochłonąć, zapomnieć. Vivi miała wtedy trzynaście lat, a mój brat, Victor, siedemnaście. Wziąłem ich pod swoje skrzydła, chcąc ochronić przed przeszłością, na marne. Nie wiem co zrobiłem nie tak, co się takiego stało...- przerwał, by westchnąć po czym ciągnął dalej.- Po tych dwóch latach Vivi znalazła Victora w tej samej piwnicy... Powiesił się. Jak oni.- Bruno jakby ochłonął mówiąc o historii jego rodziny, już tak nie zanosił się płaczem, nie szlochał, starał się być twardym.  - A teraz Vivianne. Dzisiaj w nocy dostałem telefon. Dzwonili z policji, znaleźli ją. Jej ciało było na placu głównym w mieście. Miała poderżnięte gardło i teraz już wiem, że to nie było samobójstwo. Całą moja rodzina została zamordowana, zostałem tylko ja...- powiedział zimno i oschle.
   -To nie twoja wina...- wyszeptałam, słysząc w jego głosie pogardę do samego siebie.Odsunęłam się od niego delikatnie po czym usiadłam na nim okrakiem i mocno przytuliłam go do siebie.
   - Mogłem ich chronić... To mnie powinni zabić.- warknął.
   -Nie mów tak. Nie mogłeś nic zrobić. Ich śmierć nie obwinia ciebie. Nie możesz się winić za coś na co nie miałeś wpływu. Czasem tak się dzieje.- powiedziałam, składając na jego ustach delikatny pocałunek.
   -Tylko ty mi zostałaś...- zaczął, ale nie dane było mu dokończyć, bo nagle moich uszu dobiegł dzwonek do drzwi, a chwilę potem walenie w nie. Powoli wstałam, nie pozwalając tym samym podnieść się Brunowi.
   -Otworzę.- powiedziałam, zarzucając na siebie bluzę i zapinając ją po samą szyję. - No już idę!- wrzasnęłam, słysząc to okropne walenie. Kiedy otworzyłam drzwi moim oczom ukazało się dwóch policjantów.
   -Dzień dobry. Jestem Komisarz Thomas, a to jest mój kolega Edwards. Czy pani Blanca Mithey?

____
Uff... Mam nadzieję, że się podoba. Mi nawet, nawet. Pisany pod napływem weny. Już znacie prawie całą tajemnicę, którą dla was przygotowałam. Nie martwcie się jednak, jeszcze trochę was zaskoczę. I to nie tylko pozytywnie;P

wtorek, 5 lutego 2013

10. -Ty jesteś moim życiem

        Serce waliło mi jak oszalałe na widok szatyna, który z spuszczoną głową uśmiechał się pod nosem. Wyglądał na rozbawionego całą tą sytuacją. Nie wiem jak można było się cieszyć z pobytu w tym miejscu. Na pewno już go tu zniszczyli, a ja do tego dopuściłam. Brzydziłam się i siebie i jego. Usłyszałam jak drzwi za mną zamykają się w momencie kiedy usiadłam na krześle na przeciwko. Wiedziałam jednak, że Bruno nie zostawił mnie tu samej. Zapewne stał przy drzwiach i patrzył w moją stronę z politowaniem. Nienawidziłam go. Kochałam go, ale jednocześnie nienawidziłam.
    Caleb podniósł wzrok po czym cicho się zaśmiał. Mi za to zaparło dech. Podbite oko, przecięty łuk brwiowy i warga, kilka szwów na czole... Dodatkowo jeszcze dłonie, które trzymał położone na metalowym blacie. Całe podrapane i poocierane. Wyglądał jakby go wyjęli z więzienia, a przecież jeszcze nie zdążył tam dobrze trafić. Rozprawa miała się zacząć za dwa dni.
   Odruchowo położyłam swoją dłoń na jego, czując jak coraz bardziej mi go żal. Wkopałam go w to wszystko, gdybym nie była tak łatwowierna i zbyt uczuciowa. Zakochałam się w facecie, który wykorzystał mnie i zrobił to po to by zamknąć gwałciciela. Cóż za ironia losu. Ciemne oczy szatyna spoglądały na mnie jakby zaraz ich właściciel miał się na mnie rzucić i zabić na miejscu. Nie odepchnął jednak mojej dłoń, tylko mocno ją ścisnął chcąc w ten sposób dodać otuchy.
    -Nie wieżę, że mnie wydałaś...- wychrypiał wściekle, łapiąc mnie za nadgarstek i jeszcze mocniej zaciskając na nim swoją dłoń. Po kilku sekundach palce zaczęły mi drętwieć, ale nie odzywałam się, nie chciałam wszczynać paniki. Należało mi się.- Jesteś zwykłą szmatą.- dodał odpychając mnie od siebie. Jego rysy twarzy stały się bardziej ostre, usta wykrzywiły się w grymasie.
   -Na prawdę nie chciałam... Zrobiłam to nie świadomie. Przepraszam...- wyszeptałam, pocierając nadgarstek, który jeszcze przed chwilą był w żelaznym uścisku mojego ex. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam pojąć, że przepraszałam go za coś co tak na prawdę nic nie znaczyło. To on powinien się przede mną płaszczyć, a nie na odwrót.
   -Twoje przeprosiny nic nie dadzą suko! Przez ciebie trafię za kratki!- warknął podnosząc się lecz po chwili znów siadając na swoje miejsce. Dłonie zacisnął w pięści, która schował pod stół, a oczy zmrużył jakby próbował ukryć emocje.
   -Może trzeba było pomyśleć o tym zanim dałeś mi te narkotyki i zgwałciłeś?- spytałam coraz to bardziej zła. Czemu to ja miałam być kozłem ofiarnym, kiedy tak na prawdę nic nie zrobiłam? Nic prócz wzięcia tych cholernych drag. Caleb zaśmiał się głośno i teatralnie po czym wlepił we mnie wściekłe spojrzenie.
   -Sama to łyknęłaś kotku. Chciałaś do mnie wrócić i wzięłaś to gówno. Nie kazałem ci. Powiedziałem tylko, że tak możesz mi pomóc.- odparł zachrypniętym głosem cicho się śmiejąc.
   -Oszukałeś mnie. Uważasz, że to moja wina? Nic nie zrobiłam.- warknęłam zaciskając palce na swoich udach. Powoli zaczynałam czuć się jak w klatce i moja klaustrofobia dawała o sobie znać. Pragnęłam jak najszybciej skończyć tę rozmowę i wyjść, ale coś, jakaś wewnętrzna siła kazała mi brnąć dalej.
   -Chciałaś tego... Widziałem to w twoich oczach...- prychnęłam słysząc te słowa.  Jak mogłam go kochać? - Ale ty dziwko wydałaś mnie! Jesteś szmatą, która puszcza się na prawo i lewo! Z nim tez poszłaś do łóżka?!- wrzasnął wstając i wskazując dłonią na Bruna, który stał pod drzwiami. Nie odezwałam się ani słowem, co on najwidoczniej odebrał za potwierdzenie, bo złapał za stół i pchnął nim w bok po czym podszedł bliżej mnie.
   -Siadaj...- warknął brunet za moimi plecami po czym nagle znalazł się po mojej prawej stronie.
   -Oczywiście panie komisarzu. Tylko coś tej panience powiem.- odparł Cal i nachylił się nade mną. Czułam na swojej skórze jego oddech przesiąknięty zapachem papierosów i piwska. Odkaszlnęłam kiedy chuchnął. -Ze mną się dziwko nie zaczyna.- warknął po czym wymierzył mi policzek. Odchyliłam twarz w prawo tylko na moment, ale to starczyło by nie zauważyć jak Bruno rzuca się na swojego przeciwnika i przygniata go do ściany. Patrzyłam na to jak się szarpią, ale nie reagowałam. Byłam w zbyt dużym szoku by cokolwiek z siebie wydusić. Policzek wciąż mi mrowił i czułam nieprzyjemne pieczenie.
   Z mojego własnego cierpienia wyrwał mnie dopiero trzask łamanych kości i głośny wrzask. Utkwiłam wzrok w Brunie, który stał nad wijącym się z bólu szatynem. Nim się obejrzałam w pomieszczeniu znalazło się dwóch funkcjonariuszy. Nic do mnie nie docierało, ani to jak zabierali z pokoju Cala, mówiąc, że muszą go zawieść do szpitala, ani to jak ten klął pod nosem, ani nawet to jak wyprowadzali Bruna, który bez ustanku się szarpał. Wrzeszczał coś do mnie, ale ja tylko patrzyłam na niego pustym wzrokiem. Przed twarzą miałam cały czas wściekłe oczy Cala i jego słowa ,, Jesteś szmatą, która puszcza się na prawo i lewo...''
   - Przepraszam. Mam panią odwieźć do mieszkania. Halo? Słucha mnie pani?- mówił ktoś do mnie z oddali. Posłałam blondynowi blady uśmiech po czym wstałam i już miałam iść w kierunku wyjścia, kiedy usłyszałam kłótnię dobiegającą z pokoju komendanta.
   -...ty wiesz co ci teraz grozi?! On cię pozwie! Jak mogłeś dać się tak sprowokować?!- przystanęłam na moment patrząc w tamtym kierunku. Za szklaną szybą Bruno rozmawiał z starszym mężczyzną w siwych włosach.
   -Uderzył ją! Miałem nie reagować?! Stać i patrzeć?!- krzyczał jak w amoku.
   -Nie! Ale należało go tylko odciągnąć! Bruno przykro mi, ale...- zawahał się przełożony szatyna.- Oddaj broń.- dodał wyciągając w jego stronę dłoń. Poczułam szarpnięcie, ale szybko wyrwałam się.
   -Zostaw mnie do cholery!- warknęłam kiedy po raz kolejny ktoś mną szarpnął. Do oczu napłynęły mi łzy. Jak to możliwe, że tak bardzo wszystko popsułam? Wpatrywałam się jak chłopak oddaje broń i inne tego typu rzeczy po czym wychodzi. Po drodze złapał mnie tylko za rękę i pociągnął za sobą.
   -Ja ją odwiozę.- powiedział oschle do kolegi. Szliśmy w ciszy w kierunku auta. Nie wiedziałam jak mam go przepraszać za to wszystko. Przeze mnie stracił pracę. Nienawidziłam siebie. Kiedy otwierałam usta by coś powiedzieć po prostu brakowało mi słów. Szybko je zamykałam, ale on najwidoczniej widział moje zachowanie bo tylko powiedział:
   -Nie szkodzi. Najwidoczniej tak miało być.- potarłam twarz dłońmi, siadając od strony pasażera. Dopiero teraz po moich policzkach popłynęły łzy, które tak starałam się powstrzymać. Nie chciałam być słaba, pokazywać, że mi na nim zależy, ale już nie umiałam... Nie umiałam nie patrzeć na niego bez uczuciowo, zimno i stanowczo. Jechaliśmy w ciszy, przerywanej jedynie moim szlochem i deszczem, który powoli zaczynał padać na zewnątrz. Nie wiem jak długo tak siedziałam, wpatrując się przed siebie z załzawionymi oczyma i drżącymi dłońmi.
   Nie chciałam stracić Bruna, za bardzo mi na nim zależało, po prostu go kochałam, ale wiedziałam też, że zraniłam go bardzo i swoim zachowaniem i swoją obecnością.
   O dziwo po godzinie jazdy zamiast znaleźć się pod jego mieszkaniem dotarliśmy przed plażę. Kiedy tylko chłopak wysiadł z auta, powoli ruszyłam za nim. Bruno szedł prosto przed siebie, nie oglądając się i nie sprawdzając czy idę za nim. W końcu teraz nie byłam pod jego opiekom. I dopiero teraz zrozumiałam jak jestem bezbronna, wystawiona na niebezpieczeństwo. W końcu szatyn zatrzymał się na środku plaży i spojrzał na mnie nakazując tym samym podejść. Nie zwracając uwagi na fale, które ledwo dopływały do moich stóp zrobiłam dwa kroki w przód. Więcej nie musiałam bo to on podszedł bliżej. Utkwił spojrzenie w moich oczach i nie spuszczając ze mnie wzroku łapczywie zaczął mnie całować. Pocałunki odwzajemniałam bez zastanowienia, zapominając całkowicie o naszej rozmowie sprzed tygodnia kiedy to wyznał mi, ze zrobił to dla informacji, że mnie nie kocha. Nie obchodziło mnie to czy coś czuł, czy mnie po raz kolejny wykorzysta, bo go kochałam. A przecież miłość bez wzajemności zawsze jest najsilniejsza.Prawda? Potrzebowałam tylko jego bliskości, oddechu, spojrzeń i pocałunków. Pożądałam go od kiedy tylko pierwszy raz go ujrzałam, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
   Kiedy w końcu oderwaliśmy się od siebie, by na brać powietrza wyszeptałam:
  - Przepraszam za wszytko.- po czym zalana łzami wtuliłam się w jego skórzaną kurtkę. Minęła chwila nim moje słowa i gesty dotarły do jego umysłu i dały znak, że go potrzebuję. W końcu jednak mocno mnie do siebie przytulił i nie odzywając się pocałował mnie w czubek głowy. Wiatr wiał z coraz to większą siłą, deszcz wzbierał na mocy, ale ja nawet przez moment nie pomyślałam by uciekać. W jego ramionach czułam się dobrze, chciałam tak umrzeć. Bezboleśnie, z uśmiechem na twarzy, policzkami zalanymi łzami, ale łzami szczęścia.
   -Wracajmy do domu.

***


     Ułożyłam wygodnie głowę na klatce piersiowej bruneta, która wolno to unosiła się to upadała. Znowu był blisko, znów obok mnie. Wręcz emanował ciepłem i bezpieczeństwem, spokojem i radością. Nie dawał po sobie poznać, że to wszystko go przerasta, ale ja doskonale wiedziałam.
   -Przepraszam...- powiedziałam po raz setny nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Mówiłam to odruchowo, widząc jak go to wszystko boli.
   -Nie masz za co. Jestem szczęśliwy.- powiedział wyłączając telewizor i przekręcając się tak, że ja byłam na dole, a on u góry.
   -Nie udawaj... Bruno wiem, że schrzaniłam wszystko. Przeze mnie nie masz pracy, życia, nic nie masz.- powiedziałam cicho. Mój oddech nagle przyspieszył z niewiadomego mi powodu, dopiero po chwili zorientowałam się, że tors chłopaka styka się z moimi dłońmi, które odruchowa na nim umieściłam.
   -Ty jesteś moim życiem i...- przekręcił głowę w prawo, uśmiechając się przy tym-...i pracą w pewnym sensie też. Przynajmniej byłaś.- powiedział delikatnie całując mnie w czoło, a następnie w usta. Zagryzłam dolną wargę gdy odsunął się na niewielką odległość i puścił mi oczko. -Zależy mi na tobie.- dodał między pocałunkami. Głośno się zaśmiałam czując jak chłopak łaskocze mnie swoimi wargami po brzuchu. Ten tylko na moment uniósł wzrok, by następnie celowo upaść na mnie całym ciałem. Pisnęłam przerażona, a jednocześnie zadowolona.
   -Mi na tobie też...- wyszeptałam wtapiając swoje palce w jego ciemne włosy i przyciągając jego głowę bliżej, tak by móc go pocałować.
   Z moich płuc wydało się westchnienie na dźwięk telefonu chłopaka. Brunet jednak najwidoczniej nie zamierzał odbierać telefonu. Jadnak ktoś był strasznie natarczywy i wydawać by się mogło, że jeśli Bruno nie odbierze, to telefon będzie dzwonił przez całą noc.
   -Odbierz.- powiedziałam widząc jego przepraszające spojrzenie. Chłopak zszedł ze mnie i odebrał komórkę. Niestety, ale nic nie mogłam wywnioskować z ich rozmowy. Nie udało mi się nawet zamienić z Brunem słowa, bo ten już wybiegał w domu, krzycząc tylko, że dzwonią z pracy. Szkoda tylko, że go z niej wyrzucili...

____
Dziesiąty i chyba mogę powiedzieć, że jest to półmetek. Jeszcze trochę. Mam nadzieję, że tym razem opowiadanie wyjdzie dłuższe niż zazwyczaj i osiągnie przynajmniej 18 rozdziałów. O 15 jestem pewna;D Przepraszam za jakiekolwiek błędy, ale nie mam sił sprawdzać tego. Jak się podoba?

piątek, 1 lutego 2013

09.-Zapomnijmy o tym co stało się ostatniej nocy.

        Całe to przesłuchanie strasznie mnie wymęczyło, toteż kiedy tylko znaleźliśmy się w domu zapragnęłam schować się pod kołdrą. Jedyną rzeczą jaka mi to uniemożliwiała była wanna, która wypełniona wodą nawoływała mnie. Bruno uparł się, że zanim pójdę spać powinnam choć na chwilę się rozbudzić, bo miał mi coś ważnego do przekazania. Prosiłam go, by od razu wyznał o co chodzi, ale on tylko wepchnął mnie do łazienki i zapewne teraz chodził nerwowo po korytarzu wyczekując aż skończę.
    Zatopiłam się w ciepłej wodzie nie zwracają najmniejszej uwagi na to iż ta wylewa się na kafelkowaną podłogę.  Potrzebowałam takiej odskoczni od codziennych problemów. Zeznania przyprawiły mnie o zawroty głowy. Nigdy nie chciałam donosić na Caleba. Nigdy nawet nie pomyślałam, że do czegoś takiego może dojść. Tak na prawdę stanowił część mnie i nie wiem czemu uległam Bruno, czemu dałam sobą zmanipulować.
    Z każdą kolejną sekundą, którą spędzałam w tej wannie czułam coraz to większą, narastającą złość. A byłam wściekła na siebie, na Caleba i na Bruna. Na siebie, bo dałam się omotać jak marionetka. Pozwoliłam sobą kierować i to zwykłemu policjantowi, który zrobił to zapewne przeleciał mnie tylko po to by zdobyć informacje.Na Caleba, że dał się złapać na gorącym uczynku i na Bruna za to, że był tak okrutny. Tak na prawdę nie ufałam mu nadal, nie wierzyłam w żadne słowo. Wszystko co mówił moje serce przyjmowało z rozpostartymi ramionami, a mózg odpychał i wypierał jak najdalej. Jakby jego słowa były trucizną, jakby każde po kolei było jak dawka narkotyku dla słabej dziewczyny, która nigdy nie pije, nie ćpa, nie pali... Śmiertelna dawka.
   Tylko czemu nie umiałam odmówić? Dlaczego pozwalam by mnie zatruwał od środka... Nigdy nie byłam tak słaba i delikatna jak dzisiejszego ranka i wczorajszego wieczora w jego ramionach. Sprawił, że czułam bezpieczeństwo, ciepło i narastającą tęsknotę za domem. Był moim azylem, ale wiedziałam, że coś kryje, że tylko szuka punku zawieszenia w mojej psychice.
    Po  jakimś czasie, który dla mnie był zdecydowanie za krótki, postanowiłam dowiedzieć się co ma mi do powiedzenia Bruno. Wywlokłam się z wanny i opatulając niedbale ręcznikiem, który był zdecydowanie za krótki stanęłam przed lustrem. Ostrożnie rozczesałam mokre i splątane włosy, po czym przetarłam je jeszcze raz ręcznikiem i po raz kolejny rozczesałam grzebieniem. robiłam to wręcz odruchowo. Od wielu lat tak pielęgnowałam swoje włosy, chcąc by były jak najdłuższe. Każde ich ścięcie było dla mnie jak operacja, która może się nie powieść i skutkować śmiercią. Śmiercią mojej reputacji. Teraz jednak nie było to tak ważne, bo w końcu moja reputacja i tak już kulała. Zapewne już umierała gdzieś w męskiej łazience w klubie i rzygała na zieloną podłogę.
   Delikatnie naparłam dłonią na klamkę od drzwi po czym otworzyłam je i nie zamykając za sobą przeszłam do salonu w poszukiwaniu komisarza. Bruna znalazłam przed telewizorem. Siedział zapatrzony w szklany ekran, który ku mojemu zdziwieniu był wyłączony. Wydawało mi się, że chłopak stara się nie patrzeć w moją stronę. Przełknęłam ślinę czując narastający strach kiedy wstał i podszedł tak blisko, że moje piersi stykały się z jego torsem. Oddychałam płytką i tak cicho na ile było to możliwe, on starałam się robić to samo. Znów czułam jego specyficzny zapach, widziałam rysy twarzy i to jak napina mięśnie. Gdybym dotknęła jego szyi zapewne wyczułabym puls i mogła stwierdzić, że żyje. Jednak za bardzo się bałam. Sama nie wiem czego tak na prawdę. Może jego spojrzenia? Tego jak na mnie patrzył? A jego wzrok był ostry, zimny i pełen pogardy. Spięte mięśnie odznaczały się na opiętej koszulce, którą wczoraj bez problemów z niego zdjęłam, usta lekko rozchylone starały się coś wypowiedzieć, a ciemne włosy opadały na czoło.
   Mi tak samo jak jemu odebrało mowę, ale to on przemówił pierwszy, a mówił bez ogródek. Głos miał zachrypnięty, ale pewny.
   -Balnca...- wyszeptał, chowając dłonie do kieszeni spodni i szukając czegoś po nich. W kocu wyjął paczkę papierosów, ale nim zdążył odpalić wyrwałam mu ją, rzuciłam na stolik koło telewizora i położyłam swoje dłonie na jego klatce piersiowej. Czułam jak przepływa w nim krew, jak oddech mu przyspiesza i jak mięśnie tężeją, jak stara się powstrzymać ich drżenie pod dotykiem moich zimnych dłoni. Stanęłam na palcach po czym musnęłam jego usta swoimi. Tym razem jednak nie odwzajemnił pocałunku. Stał jak słup soli i tylko patrzył na mnie spokojnie. Bałam się, że powie za wiele, że nie będzie chciał, a ja go potrzebowałam. Co   z tego, że znałam go krótko? Czy to było aż tak ważne? Chyba ważniejsze było to, że czułam do niego coś czego nie czułam jeszcze do nikogo na świecie. to był podziw, szacunek, strach, a jednocześnie  coś co mnie do niego ciągnęło jak magnez. Może to, że się stawiłam, że chciał być niedostępny.
   -Przestań...-wyszeptał, ale nie ruszył się z miejsca.Nie traktowałam jego słów poważnie, praktycznie nie docierały one do mnie. Zamiast go słuchać po raz kolejny zaczęłam całować jego szyję i znęcać się nad jego ciałem. Pożądałam go. - Proszę...- szeptała nadal mi na ucho. Mimo wszystko podążałam nadal. Jednak kiedy moje dłonie zatrzymały się na jego kroczu zareagował ostrzej.- Przestań!- wrzasnął wściekle, łapiąc mnie za dłonie i unosząc je do góry, tak by mieć je przed oczyma. Przerażona rozchyliłam wargi ze zdziwienia. - Do jasnej cholery! Czy ty nie rozumiesz, że ja mam się tobą zajmować?- powiedział oschle puszczając moje nadgarstki i obchodząc mnie w koło jak pies drugiego psa.
   -To się mną zajmij...- wyszeptałam łapiąc go i całując namiętnie.
   -Blanca! Posłuchaj mnie w końcu! Nie chcę się z tobą kochać! Nigdy nie chciałem! Potrzebowałem informacji, a teraz je mam. Mam cię pilnować do póki nie złapią tego dupka, który załatwił chłopaka. Jestem tylko twoim ochroniarzem.- mówił poważnie. Jego rysy stały się znów ostre. Wyczułam ten sam chłód co na początku, znów zaczynał się izolować.
   -A więc przeleciałeś mnie tylko dlatego, że chciałeś wiedzieć gdzie jest Cal? Żałuję, że się z tobą przespałam.- powiedziałam odpychając go od siebie i siadając na łóżku.
   -Serio myślisz, że się w tobie zakochałem? Myślisz, że uczucie zjawia się ot tak...- pstryknął palcami.- Tu potrzeba czasu. Nie wiedziałem, że jesteś tak żałosna...- ostatnie słowa wymówił przez zęby jakby walczył z samym sobą.
   -Na prawdę uważasz, że mnie przechytrzyłeś? A skąd wiesz, że ja poszłam z tobą do łóżka z miłość? Zrobiłam to z potrzeb fizjologicznych. Daj spokój. Ty zaspokoiłeś swoje pragnienie, ja swoje. Czyż nie?- powiedziałam z drwią, lecz tak na prawdę chciało mi się płakać. Jak mogłam mu zaufać? Chciałam dać mu w twarz i powiedzieć, że... że... że jest dla mnie ważny, jest kimś więcej niż ochroniarzem. Ale po tym co usłyszałam jeszcze bardziej się bałam. On mnie wykorzystał, nic dla niego nie znaczę i nie zmienię tego.
   Na usta bruneta wstąpił delikatny uśmiech, który zmieszany z goryczą wyglądał jak grymas. Wiedziałam, że zapewne zalałam się rumieńcem, a oczy mam całe zaszklone, ale nie mogłam inaczej. To wszystko po prostu za bardzo mnie bolało. Jego słowa były jak ostrza, które raniły i ciało i umysł.
   -Zapomnijmy o tym co stało się ostatniej nocy. Nigdy nic się nie wydarzyło. Idź spać.- powiedział po czym wyszedł z domu. Wiedziałam, że zapewne siedzi na schodach i pali teraz papierosa, bo po drodze zwinął z stolika paczkę fajek, ale nie odejdzie dalej niż przed dom. Był moją opiekunką, a ja dla niego pracą. Tylko i wyłącznie.

***

       Oddychałam płytko spoglądając przez zabrudzoną szybę auta. Nagle chęć wysprzątania go znikła.Każda sekunda spędzona z nim sam na sam była dla mnie męczarnią, patrzenie mu w oczy sprawiało mi ból. Wiem, że zapewne zorientował się, że płakałam każdą noc przez ten tydzień, który minął zdecydowanie za szybko, ale starałam się by choć przez chwilę nie okazywać słabości. W tej chwili jechaliśmy na komisariat, miałam porozmawiać z Calebem, choć powiem szczerze, że wątpiłam iż uda mi się to. Chyba prędzej rzuciłabym się na niego i pobiła przy tych wszystkich ludziach. Chyba nawet policjant nie dałby rady mnie od niego odciągnąć. Najlepsze jest jednak to, że pobiłabym go dlatego, że dał się złapać, dlatego że nie rozgryzł mojej psychiki i nie zrozumiał, że jestem łatwowierna. Jeszcze niedawno sama myślałam, że jestem twarda, a teraz? Wszystkie te zapewnienia jakby się rozpłynęły.
   -Jesteśmy.- odezwał się Bruno patrząc gdzieś przed siebie. W końcu spojrzał w moim kierunku, ale wtedy ja szybko złapałam za drzwi. Nim jednak zdążyłam wyjść jego dłoń zacisnęłam się na moim przed ramieniu. - Uważaj na niego...- wyszeptał patrząc na mnie z troską.
   -Szkoda, że nikt nie powiedział mi tak o tobie. Na prawdę szkoda.- wychrypiałam po czym wyrwałam się i wygramoliłam z samochodu. Miałam dość tego wszystkiego. Domyślałam się, że Bruno coś ukrywa, ale nie nalegałam, nie chciałam psuć tego wszystkiego. Niestety, to on zburzył harmonię, którą tworzyłam przez wiele lat.
   Nie czekałam na niego. Kiedy tylko znalazłam się przed komisariatem tutejszej policji po prostu weszłam do środka i pewnym krokiem przeszłam przez długi korytarz, wypełniony po brzegi zbirami i funkcjonariuszami policji. Nie zawahałam się nawet kiedy usłyszałam gwizd na mój widok, nie pozwoliłam zmięknąć kolną. Przecież jeszcze niedawno byłam taka twarda, zimna, nie dawałam wejść sobie na głowę, a teraz? A teraz stawałam się kopią smerfetki, która zawsze uśmiechnięta cieszy się życiem.
    Podeszłam do długiego blatu i już otwierałam usta by się przedstawić, kiedy ktoś szarpnął za moje ramię i pociągnął mnie dalej. Nie spojrzałam w stronę bruneta ani na moment. Jego oczy przyprawiały mnie o dreszcze, a nasza ostatnio rozmowa wywoływała drżenie rąk i łzy w oczach.
   Niechętnie spojrzałam na chłopaka kiedy stanęliśmy przed jednym z pokoi przeznaczonym do przesłuchań. Bruno patrzył na mnie jakby zaraz miał rozpłynąć się z tego smutku, ale nie zwracałam na to uwagi. Nie dam się po raz kolejny omamić. Miał rację. To była jednorazowa przygoda, która nie powinna mieć miejsca.
   -Powodzenia.- wyszeptał tylko przekręcając okrągłą gałkę od drzwi i uchylając je przede mną. Posłałam mu oschłe spojrzenie po czym bez ogródek weszłam do środka. Strasznie się bałam tego spotkania, tej rozmowy, widok, który mną wstrząsnął. Skąd mogłam wiedzieć, że to wszystko tak się potoczy? Gdybym wiedziała nigdy nie poszłabym na tą konfrontację.

____
Nie umiem się wypowiedzieć na jego temat. Końcówka taka od niechcenia, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. W kolejnym rozdziale będzie się działo więcej, a na razie zostawiam tak jak jest. Tydzień i ferie <3 Jakby to powiedziała moja koleżanka ,,Kminicie to?!''