-Zlecono nam by dowieść panią na komisariat. Ma pani złożyć jeszcze raz zeznania w sprawie morderstwa.- westchnęłam tylko i spojrzałam na nich pytająco.- Tak, to konieczne.
-W takim razie poczekajcie chwilę. Muszę zabrać torebkę.- powiedziałam, biegnąc czym prędzej do kuchni. Bruno siedział przy stole i pił moją ostatnią kawę, której nie udało mi się dopić. Zapewne była już zimna, ale on i tak nie zwracał na to uwagi. Był zbyt zajęty rozmyślaniem. Mi zaś było go strasznie żal. Teraz już wiedziałam czemu tak się ode mnie izolował. Nie chciał ściągać na mnie problemów, nie chciał angażować się.
-Przyjechała policja, chcą mnie zabrać na przesłuchanie w sprawie morderstwa. Wrócę po południu.- powiedziałam całując go w policzek i łapiąc w drodze powrotnej do wyjścia moją torbę. Jakaś wewnętrzna siła kazała mi wyjąć z niej komórkę i wyciszyć, po czym włożyć do kieszeni bluzy. Zrobiłam co nakazał mi instynkt po czym stanęłam w korytarzu. Mężczyźni stali w holu i rozglądali się po całym pomieszczeniu, jakby czegoś szukali.
-Przykro nam Killer.- wrzasnął jeden, gdy już wychodziliśmy. Czyli się znali, zapewne przyjaźnili i o wszystkim wiedzieli.
Zamknęłam za sobą drzwi po czym grzecznie pomaszerowałam za mężczyznami w mundurach, którzy teraz gorąco o czymś dyskutowali, co jakiś czas się przy tym śmiejąc. Czułam się nieco niezręcznie kiedy otworzyli przede mną drzwiczki prowadzące na tylne siedzenia, ale mimo wszystko grzecznie na nie wsiadłam. Dopiero kiedy auto ruszyło, a wszystkie zamki w drzwiach zostały zamknięte zrozumiałam, że coś jest nie tak. Udało mi się tylko spojrzeć w tylną szybę, ale nie zareagowałam kiedy zobaczyłam tam Bruna, który starał się daremnie dogonić auto. W końcu jednak zniknął gdzieś daleko, a ja poczułam wibracje w kieszeni spodni. Nie wyjęłam jednak komórki, czując na sobie ich spojrzenia. Teraz cała układanka zaczynała nabierać sensu. Już wiedziałam gdzie widziałam jednego z nich. Ta łysa głowa, spojrzenie jak z horroru i grymas na twarzy oraz oczy przepełnione nienawiścią. To on wtedy przed klubem rozejrzał się i zatrzymał wzrok na mnie.
Rozpoznał mnie.
Przełknęłam ślinę mocniej zaciskając dłonie na mojej torebce. Kierowaliśmy się w stronę komendy, tak jak to miało być. Byłam ciekawa kiedy nagle zmienią plan i jak to zrobią. Czy wymyślą coś oryginalnego i zaskakującego. Oni jednak postawili na to, by nic mi nie mówić. Po prostu skręcili w boczną uliczkę, po czym przejechali polną łąką.
-Dokąd jedziemy?- powiedziałam, starając się powstrzymać drżenie głosu. Widziałam jak mężczyźni spojrzeli się na siebie, po czym łysy obrócił się w moją stronę.
-Gdzieś gdzie będziemy mogli się zabić, ale najpierw... Poczekamy na Killera.- dodał oblizując wargi po czym z głośnym śmiechem obrócił się przodem do drogi.
Bruno...
Jak mogłem od razu tego nie zauważyć? Dlaczego nie wstałem i nie sprawdziłem kto przyjechał? Nadal byłem za nią odpowiedzialny,a zamiast jej pilnować po prostu pozwoliłem im ją zabrać. Dopiero słowo ,,Killer'' sprawiło, że oprzytomniałem. Niewiele osób znało to przezwisko w większości byli to ludzie ze szkoły. To musiał być ktoś z nich.
Przedarłem się przez tłum ludzi idących spokojnie chodnikiem. Nie byli świadomi, że może gdzieś za rogiem ktoś trzyma w dłoni broń i czeka, że chce ich okraść. Wszyscy byli bezbronni, ale nikt nie myślał teraz o takich sprawach. Śpieszyli się do pracy. Choć może nigdy do niej nie dotrą. W samochodzie byłe po upływie zaledwie kilku sekund, ale i to było za dużo.
Znikli.
Wściekły uderzyłem dłońmi w kierownicę po czym ruszyłem z piskiem opon w kierunku komendy. Nie mogli mnie zlekceważyć, nie w takiej chwili. Wszystko sypało mi się na głowę, straciłem Vivi, byłem sam, nie mogłem pozwolić by odebrali mi jeszcze Balce. Ona była moja. Cały czas miałem przed oczyma jej lazurowy błękit oczu, jej śniadą cerę i ten zadziorny uśmieszek. Nie była tak słaba jak Vivi, nie była delikatna jak inne dziewczyny, ale mimo wszystko była zbyt słaba by dać radę dwóm osiłkom, którzy mieli w tych morderstwach jakiś system.
Jadąc ulicą zastanawiałem się co takiego łączyło ofiary. Teraz byłem wręcz pewny, że to oni zabili moją rodzinę, śmierć Vivi i porwanie Balcy nie były przypadkowe. Wszystko działo się za szybko. Tylko kim był mężczyzna zabity przed klubem na samym początku? Nawet nie znałem jego imienia, nie zapytałam. Uważałem, że to mało istotny fakt, bo w końcu co obchodził mnie zamordowany chłopak. Powinienem był być bardziej pochłonięty tą sprawą, a nie latać w obłokach.
Na parkingu przed budynkiem policji już na mnie czekali. Wiedzieli, że poległem. Nie powinienem był brać jej pod opiekę, byli lepsi ode mnie, a mimo to wybrali mnie. Dlaczego? Może dlatego, że byłem zamknięty w sobie? Myśleli, że nie stracę głowy, ze moja powierzchowność stanie się atutem. Mylili się. To mnie zgubiło.
Napięcie przedarłem się przez Adama i Willa stojących w przejściu. Nie chciałam z nimi rozmawiać, chciałem tylko szefa. On miał zająć się tą sprawą, a nie jacyś młodzi i niedoświadczeni. nie mogłem pozwolić sobie na żaden błąd, bo gdyby teraz powinęła mi się noga i ja i Balca moglibyśmy na tym stracić.
-Bruno, nareszcie jesteś. Dzwonili.- powiedział krótko pokazując mi karteczkę. Wyrwałem mu ją i szybko przeczytałem treść, choć chyba za pierwszym razem do końca jej nie zrozumiałem.
- Jak Romeo i Julia. Ta miłość was zabije.- odczytałem na głos, unosząc wzrok na komendanta. Dłonie automatycznie zacisnąłem w pięści, choć nadal nie pojmowałem o co tu chodzi. - Co to jest?- spytałem ostro.
-Pierwsze słowa. Dzwonili na twój telefon domowy, ale przechwyciliśmy rozmowę. Dodali jeszcze, że masz się zjawić za półgodziny na moście Victorii.- słuchałem go jednym uchem, drugim za to wypuszczałem to co mówił do mnie. Podszedłem do biurka po czym wyjąłem z niego pistolet, który odebrano mi niedawno. Wyrwałem dłoń, kiedy na moim nadgarstku zacisnęły się czyjeś palce po czym posłałem mu gniewne spojrzenie. Cały wrzałem.
-Wyślemy z tobą paru ludzi, będą...- nie dałem mu dokończyć. Myślałem, że jest mądrzejszy.
-Nie wspominali bym był sam?- nie otrzymałem odpowiedzi jedynie przeszywające spojrzenie. - Nie możemy ryzykować jej życiem. Po prostu nie możemy. Pojadę sam i dam radę. Będę w kontakcie.- powiedziałem po czym szybkim krokiem wyszedłem z budynku.
Przedarłem się przez tłum ludzi idących spokojnie chodnikiem. Nie byli świadomi, że może gdzieś za rogiem ktoś trzyma w dłoni broń i czeka, że chce ich okraść. Wszyscy byli bezbronni, ale nikt nie myślał teraz o takich sprawach. Śpieszyli się do pracy. Choć może nigdy do niej nie dotrą. W samochodzie byłe po upływie zaledwie kilku sekund, ale i to było za dużo.
Znikli.
Wściekły uderzyłem dłońmi w kierownicę po czym ruszyłem z piskiem opon w kierunku komendy. Nie mogli mnie zlekceważyć, nie w takiej chwili. Wszystko sypało mi się na głowę, straciłem Vivi, byłem sam, nie mogłem pozwolić by odebrali mi jeszcze Balce. Ona była moja. Cały czas miałem przed oczyma jej lazurowy błękit oczu, jej śniadą cerę i ten zadziorny uśmieszek. Nie była tak słaba jak Vivi, nie była delikatna jak inne dziewczyny, ale mimo wszystko była zbyt słaba by dać radę dwóm osiłkom, którzy mieli w tych morderstwach jakiś system.
Jadąc ulicą zastanawiałem się co takiego łączyło ofiary. Teraz byłem wręcz pewny, że to oni zabili moją rodzinę, śmierć Vivi i porwanie Balcy nie były przypadkowe. Wszystko działo się za szybko. Tylko kim był mężczyzna zabity przed klubem na samym początku? Nawet nie znałem jego imienia, nie zapytałam. Uważałem, że to mało istotny fakt, bo w końcu co obchodził mnie zamordowany chłopak. Powinienem był być bardziej pochłonięty tą sprawą, a nie latać w obłokach.
Na parkingu przed budynkiem policji już na mnie czekali. Wiedzieli, że poległem. Nie powinienem był brać jej pod opiekę, byli lepsi ode mnie, a mimo to wybrali mnie. Dlaczego? Może dlatego, że byłem zamknięty w sobie? Myśleli, że nie stracę głowy, ze moja powierzchowność stanie się atutem. Mylili się. To mnie zgubiło.
Napięcie przedarłem się przez Adama i Willa stojących w przejściu. Nie chciałam z nimi rozmawiać, chciałem tylko szefa. On miał zająć się tą sprawą, a nie jacyś młodzi i niedoświadczeni. nie mogłem pozwolić sobie na żaden błąd, bo gdyby teraz powinęła mi się noga i ja i Balca moglibyśmy na tym stracić.
-Bruno, nareszcie jesteś. Dzwonili.- powiedział krótko pokazując mi karteczkę. Wyrwałem mu ją i szybko przeczytałem treść, choć chyba za pierwszym razem do końca jej nie zrozumiałem.
- Jak Romeo i Julia. Ta miłość was zabije.- odczytałem na głos, unosząc wzrok na komendanta. Dłonie automatycznie zacisnąłem w pięści, choć nadal nie pojmowałem o co tu chodzi. - Co to jest?- spytałem ostro.
-Pierwsze słowa. Dzwonili na twój telefon domowy, ale przechwyciliśmy rozmowę. Dodali jeszcze, że masz się zjawić za półgodziny na moście Victorii.- słuchałem go jednym uchem, drugim za to wypuszczałem to co mówił do mnie. Podszedłem do biurka po czym wyjąłem z niego pistolet, który odebrano mi niedawno. Wyrwałem dłoń, kiedy na moim nadgarstku zacisnęły się czyjeś palce po czym posłałem mu gniewne spojrzenie. Cały wrzałem.
-Wyślemy z tobą paru ludzi, będą...- nie dałem mu dokończyć. Myślałem, że jest mądrzejszy.
-Nie wspominali bym był sam?- nie otrzymałem odpowiedzi jedynie przeszywające spojrzenie. - Nie możemy ryzykować jej życiem. Po prostu nie możemy. Pojadę sam i dam radę. Będę w kontakcie.- powiedziałem po czym szybkim krokiem wyszedłem z budynku.
Blanca...
- Już jedzie. Będzie za jakieś pięć minut na moście.- odezwał się łysy mężczyzna obwiązując mi nogi jakąś liną. Cicho się zaśmiałam, chcąc dodać sobie otuchy, ale tak na prawdę straszliwie się bałam. Jeśli Bruno dotrze na most to mogę się z nim pożegnać. Miałam jednak nadzieję, że będzie rozsądny i nie na razi na takie ryzyko i siebie i wszystkich w koło.
-Myślcie, ze ucieknę? Niby dokąd?- spytałam ironicznie rozglądając się po łodzi. Płynęliśmy w niej Bóg wie gdzie. Wiadukt niedaleko nas nazwany imieniem Victorii był wypełniony po brzegi. Ludzie cieszyli się spoglądając na paradę, która nim wędrowała blokując przejazd. Oni wszystko sobie zaplanowali. Zabili Vivianne w odpowiednim czasie, po to by osłabić Bruna. Dzień założyciela miasta wypadał dziś, to też było zaplanowane, a ten most miał sprawić, że nikt nie zapomni owego dnia.
Nie byli jednak tak głupi jak mi się wydawało. Wszystko mieli zaplanowane już od dawana, czekali tylko aż nadejdzie odpowiedni czas by zaatakować w czuły punkt.
-To w razie gdybyś zapragnęła popłynąć.- obwiązali mi dłonie, a następnie zakneblowali usta czerwoną taśmą, tak by było widać ją z daleka. Modliłam się, by nie wypaść do wody, bo to by był mój koniec. Zapewne nie trudzili by się żeby mnie wydostać. Bo po co? Niedługo nie będę im potrzebna.
-Popatrz kotku kto tam jedzie czarnym mercedesem.- niechętnie spojrzałam w kierunku mostu. Był za daleko, nic nie widziałam prócz tłumu ludzi ubranych na zielono, w kolorze jaki był na fladze miasta. - Na pewno zobaczysz go. Tam jest.- dodał łysy łapiąc mnie za policzki i skierowując mój wzrok na nadjeżdżające na most auto. Chciałam krzyknąć, by się wycofał, ale na marne.
Kiedy tylko wysiadł z samochodu i podszedł do barierki wiedziałam, że to on. Do oczu napłynęły mi łzy.
Spojrzał na mnie.
Mężczyzna, ten który miał jeszcze na głowie parę włosów, przystawił do usta telefon i czekał. Zobaczyłam jak Bruno wyjmuje z kieszeni swoją komórkę i ostrożnie przystawia ją do ucha, jakby bał się że za moment wybuchnie.
-Posłuchaj tylko, bo to ostatnie co usłyszysz.- powiedział po czym kiwnął głową na łysego, który szybkim ruchem zdarł z moich ust taśmę. Krzyknęłam z bólu, ale to było odruchowe.
-Uciekaj!- wrzasnęłam, kopiąc jednego z nich. Nie robiło to na nich większego wrażenia. Znów mnie zakneblowali po czym rzucili na ziemię, tak że nie mogłam się podnieść. Usłyszałam tylko ogromny huk, wrzaski, potem syreny policyjne i strażackie, karetki... Płacze, szlochy, moje własne. Most Victorii, który stał tu od zawsze został właśnie wysadzony w powietrze przez dwóch przestępców, którzy teraz tylko śmiali się patrząc na mnie i moje łzy. Płakałam, bo Bruna już nie było, a moja ostatnia szansa na ratunek uciekła.
____
Jak zaczynałam ten rozdział to jakoś nie miałam weny. Zawsze tak jest, że jak ma być akcja to nie wiem co pisać. Chyba się do tego nie nadaję. W każdym razie jakoś się przymusiłam i napisałam. Moim zdaniem jest nawet okey, ale wiadomo zawsze może być lepiej.;) Dodaję go dziś tylko i wyłącznie z okazji walentynek. Choć sama ich nie obchodzę chcę byście wiedzieli, że kocham tas tak jak Bruno kocha swoją Blance <3
Dedykacja: Dla kochanej Jemi ;) Za to, że jest i mnie wspiera;)
Genialny *.* Po prostu genialny <33 I ile akcji :D I nie prawda, że nie nadajesz się do akcji! Świetnie Ci ona wychodzi, po prostu oderwać się nie można ;D Mam tylko nadzieję, że wszystko bd dobrze i Bruno ją uratuje <33
OdpowiedzUsuńTen blog miałam otworzony już od poniedziałku, ale jak zwykle nie miałam czasu by zabrać się za przeczytanie, ale zebrałam się w sobie i przeleciałam migiem 12 rozdziałów. Naprawdę tutaj nic nie można powiedzieć złego oprócz słów podziwu dla talentu i pomysłu.
OdpowiedzUsuńAkcja tak wciągająca, że gdybym mogła to sprawiłabym, iż kolejny rozdział pojawiłby się tu szybciej niż to możliwe.
Genialny! to odpowiednie słowo!
Nie mogę się doczekać ciągu dalszego!!
Dziękuję za dedykacje :) Też cię uwielbiam <3
OdpowiedzUsuńRozdział jest wspaniały, nie znasz się :P Tylko co się stało z Brunem ? Czyżbyś naprawdę go uśmierciła ? :D
Trudno mi w to uwierzyć. Czekam na kolejny rozdział z tęsknotą ! :*
Ohh wspaniałe! :* ^__^
OdpowiedzUsuńTylko mi tu Bruna nie zabij. <3
Czekam na dalszy ciąg.