Płytko oddychałam, starając się przy tym stłumić emocje. Serce waliło mi jak oszalałe, płuca nie nadążały to się kurczyć, to rozkurczać. Przymknęłam lekko powieki koncentrując się na tym co otacza mnie w koło. Chciałam choć na chwilę wyczuć węchem, dotykiem, czymkolwiek, jakieś oznaki gdzie jestem. Wszędzie jednak widziałam tylko ciemność. Po tym jak straciłam przytomność spałam dość długo. Obudziłam się tutaj. W tym ciemnym pomieszczeniu, które co jakiś czas podskakiwało. Podejrzewałam, że znajdowałam się w aucie dostawczym, czy czymś tego typu, ale nie mogłam tego stwierdzić w stu procentach. Moja pamięć też szwankowała. Jedyne co kojarzyłam to jakiś wybuch, krzyki i uderzenie w głowę. Wiedziałam też, że mnie porwali, bo tego chyba nie zapomnę do końca mojego nędznego życia.
Ale było jeszcze coś, albo raczej ktoś. Nie było go tu, a mimo to czułam jego obecność, to że na mnie spogląda i możliwe, że teraz walczy. Walczy o własne życie. Bruno... Zagryzłam dolną wargę przypominając sobie jego imię. Niestety, ale to nic nie dało. Mimo to po moich policzkach popłynęły łzy, których nie sposób było powstrzymać. Rozchyliłam lekko wargi opadając na coś miękkiego za mną. Teraz było mi już wszystko jedno. Niech mnie torturują, zabiją, cokolwiek. Nie miałam po co istnieć.
Ale było coś jeszcze... Coś bardzo ważnego, o czym nie mogłam zapomnieć, a zapomniałam. Nie powinnam, a jednak. Jakiś drobiazg sprzed mojego wyjścia z domu. Jęknęłam z bezsilności nie mogąc sobie przypomnieć. Zresztą moje starania i tak były daremne, bo tylko on teraz chodził mi po głowie. Jego oczy, uśmiech, który i tak rzadko widziałam, to zimne spojrzenie, ciepły dotyk, usta, zapach. Nagle wszystko wróciło jakby nigdy nie odeszło. Czułam jego wodę po goleniu, jego ciepłe palce na moim policzku i usta, które całowały mój obojczyk. Jeszcze raz jęknęłam z cierpienia.
-Niemożliwe...- wyszeptałam tylko uderzając stopami w podłogę. W tym samym momencie gdy to zrobiłam pojazd, czy co to było, raptownie stanęło. Cicho sapnęłam, słysząc rozsuwanie się drzwi i czyjeś rozmowy. Powoli spojrzałam w tamą stronę, ale zobaczyłam tylko jasne światło, które wręcz mnie oślepiło.
Czyli mamy dzień.- pomyślałam bez entuzjazmu. Nie miałam się z czego cieszyć. Może prócz tego, że jeszcze żyję i ujrzałam światło dzienne.
Ale było jeszcze coś, albo raczej ktoś. Nie było go tu, a mimo to czułam jego obecność, to że na mnie spogląda i możliwe, że teraz walczy. Walczy o własne życie. Bruno... Zagryzłam dolną wargę przypominając sobie jego imię. Niestety, ale to nic nie dało. Mimo to po moich policzkach popłynęły łzy, których nie sposób było powstrzymać. Rozchyliłam lekko wargi opadając na coś miękkiego za mną. Teraz było mi już wszystko jedno. Niech mnie torturują, zabiją, cokolwiek. Nie miałam po co istnieć.
Ale było coś jeszcze... Coś bardzo ważnego, o czym nie mogłam zapomnieć, a zapomniałam. Nie powinnam, a jednak. Jakiś drobiazg sprzed mojego wyjścia z domu. Jęknęłam z bezsilności nie mogąc sobie przypomnieć. Zresztą moje starania i tak były daremne, bo tylko on teraz chodził mi po głowie. Jego oczy, uśmiech, który i tak rzadko widziałam, to zimne spojrzenie, ciepły dotyk, usta, zapach. Nagle wszystko wróciło jakby nigdy nie odeszło. Czułam jego wodę po goleniu, jego ciepłe palce na moim policzku i usta, które całowały mój obojczyk. Jeszcze raz jęknęłam z cierpienia.
-Niemożliwe...- wyszeptałam tylko uderzając stopami w podłogę. W tym samym momencie gdy to zrobiłam pojazd, czy co to było, raptownie stanęło. Cicho sapnęłam, słysząc rozsuwanie się drzwi i czyjeś rozmowy. Powoli spojrzałam w tamą stronę, ale zobaczyłam tylko jasne światło, które wręcz mnie oślepiło.
Czyli mamy dzień.- pomyślałam bez entuzjazmu. Nie miałam się z czego cieszyć. Może prócz tego, że jeszcze żyję i ujrzałam światło dzienne.
***
Tysiące rannych, płacz, krzyk. Ludzie biegli przed siebie, chcąc uciec jak najdalej od tej katastrofy. Wielu zginęło na miejscu od wybuchu lub po prostu się utopili po wpadnięciu do wody. Szpitale były przepełnione, lekarze biegali po korytarzach z sali do sali. Próbowali ratować jak największą ilość ludzi. Tylko czy to było warte? Właśnie o tym myślał Bruno leżąc w jednej z sal. W końcu każdy miał coś na sumieniu, ludzie nie byli idealni, wiele im do tego ideału brakowało. On sam czuł się winien temu nieszczęściu. Podświadomie wiedział, że to wszystko jest tylko częścią gry, że oni nie chcą zabić go tak po prostu, że to on ma cierpieć z jakiegoś powodu. A największym cierpieniem jest odebranie mu Balcy. Ostatniej osoby, która jeszcze coś dla niego znaczyła na tym świecie.
Brunet uderzył pięścią o białą, wyprasowaną pościel łóżka. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak poważnie jest ranny, że walczy teraz o życie. Dla niego liczyła się tylko ona, a ci którzy ją porwali na pewno wiedzą, że żyje.
Kolejny szloch, płacz dobiegł jego uszu z korytarza. Nie spojrzał jednak w tamtą stronę. Po prostu wstał i nie zważając na ból w klatce piersiowej ruszył w stronę drzwi. po drodze złapał tylko za komórką, która jakimś cudem ocalała w czasie wypadku. Próbowali go powstrzymać na marne. Szedł przed siebie z łzami w oczach. Przeważnie opanowany i spokojny, teraz wściekły na siebie i ludzi w koło. Nie wytrzymał.
-Zostawcie mnie!- wrzasnął na całe gardło. Wszyscy ucichli, a każda, choć najmniejsza, para oczu była utkwiona w jego plecach. Jego zachrypnięty i łamiący się głos rozniósł się w najdalsze zakamarki korytarza. - Blanca...- wyszeptał cicho powstrzymując łzy.
***
Pisnęłam, czując jak zimne palce dotykają mojego brzucha. Zmrużyłam wściekle oczy i podkuliłam kolana jak najbliżej siebie. To posunięcie jednak za wiele mi nie dawało. Zwłaszcza, że miałam związane nogi i ręce. Już teraz czułam jak lina wbija mi się w nadgarstki, obciera. Spojrzałam tylko w te czarne oczy i zacisnęłam mocniej powieki.
-Czemu to robicie?- spytałam spokojnie kiedy w końcu odsunęli się na kilka metrów i zasiedli na przeciwko mnie na kanapie. Nie miałam tu jakichś okropnych warunków. Zwykły, prostu dom. Od kiedy tylko wysadzili most podejrzewałam, że mnie zastrzelą albo utopią w rzece. oni jednak nadal mnie trzymali i oczekiwali na jakiś znak.
Nie uzyskałam jednak odpowiedzi na moje pytania. Zamiast tego usłyszałam tylko cichy śmiech i zobaczyłam jak Edward, bo tak nazywał się mężczyzna z czuprynie, szturcha swoje kolegę imieniem Evan. Wiedziałam, że zapewne nie są to ich normalne imiona, a jedynie wymyślone. Chyba że byli aż tak głupi, by posługiwać się prawdziwymi. Sądząc po ich taktyce nie byłam jednak pewna co do ich głupoty. Trochę oleju w głowie na pewno mieli, co raczej nie było dla mnie plusem.
-A jak podejrzewasz?Mścimy się. Kiedyś, bardzo dawno temu Bruno zrobił coś co nas zniszczyło, a mu dało przepustkę do cudownego życia i pracy w policji. Doniósł na nas. Wsadzili nas do poprawczaka, a potem kicia na bite siedem lat. Teraz wyszliśmy. Mieliśmy zamiar tylko go pobić, ale potem okazało się, że zabił mojego brata jak go próbował złapać. -warknął gniotąc puszkę, którą miał w dłoni.
-Wy zabiliście mu całą rodzinę.- powiedziałam opanowanym głosem. Nie chciałam teraz wybuchać płaczem na myśl co oni mu zrobili, jak bardzo co zranili.
-Racja. Nie wiem tylko czemu próbowaliśmy ukryć to pod samobójstwami. No, ale to nie my ich zabiliśmy tylko nasi kumple. Killer miał wielu wrogów, a ty nigdy nie będziesz z nim bezpieczna słonko.- Edward zapalił papierosa po czym zaciągnął się i westchnął. - Zostałaś tylko ty.
-On już nie żyje.- powiedziałam cicho. Powinni mnie już zabić. Po co mnie trzymali? Chcieli się zabawić czy mnie torturować?
-Mylisz się. Żyje. Zapewne siedzi sobie teraz przy biurku na policji i stara się wszystkich nakłonić do poszukiwań. Za chwilę przydzielą mu partnerkę do działań, a potem ruszą na poszukiwania drobnej blondyneczki, która zaraz wybuchnie płaczem.- zaśmiał się patrząc na mnie z udawanym smutkiem. Zaparło mi dech w piersiach. Nie możliwe. Sama widziałam, albo raczej słyszałam jak most się zawala, a on na nim stał. Ja mógł uciec?
-Jak?- spytałam na głos sama nie zdając sobie z tego sprawy.
-Stał przy brzegu. Znalazła go pewna dziewczyna, która uratowała mu życie. Nie martw się. Po tym jak się z nią prześpi i zapomni o tobie ona go tu doprowadzi, a wtedy ból będzie jeszcze większy niż kiedy pamiętał.- starałam się nie okazywać słabości, ale ból był zbyt duży. Spuściłam głowę, ukrywając przy tym twarz w włosach. Swoją drogą, były one w beznadziejnym stanie. Całe poczochrane, w kompletnym nieładzie jakby ktoś wrzucił mnie do śmieci i nimi natarł, a potem kazał tak chodzić.
-Kłamiecie...- wyszeptałam tylko. Zaśmiali się. tak dobitnie jakby to co powiedziała było najlepszym żartem na świecie.
-Prześpi się z nią. Przyrzekam ci to.- powiedział łysy podchodząc do mnie i zaklejając mi usta taśmą. Tą samą. Czerwoną. Już nigdy nie zapomnę jak wyglądała.
__________
Za długi to on nie jest. Mam nadzieję, że już jest mnie literówek niż w poprzednim, ale jak czyta się to już któryś raz z kolei i zna treść na pamięć, to ciężko znaleźć błędy ;) Opisy akcji nie są moją dobrą stroną, choć tu tej akcji nie ma. No, ale nic. Komentujcie <3
Rozdział jest fantastyczny ;D Bruno na pewno ją uratuje <33 Rozdział jest po prostu genialny i czekam na NN ;)
OdpowiedzUsuńMega tylko trochę krótki rozdział. ; )
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej i mam nadzieję, że jednak porywacze będą się mylili. :D
Jest po prostu niezwykły :)
OdpowiedzUsuńNiezwykły.
Nic dodać nic ująć.
Jestem pod ogromnym wrażeniem :)
Jeden z najlepszych rozdziałów na tym blogu :)
Pięknie.
Czekam na kolejny :**