środa, 23 stycznia 2013

07.-Póki jestem z tobą.

             Niepewnie otworzyłam oczy i rozejrzałam się w koło. Pierwsze co przykuło mój wzrok to zielone ściany i biały sufit. Od razu wiedziałam gdzie jestem i chyba każdy by wiedział, zwłaszcza że przyczepione było do mnie parę tysięcy kabelków i maszyna monitorująca pracę mojego serca.
   Wydałam z siebie ciche jęknięcie na widok wentyla na moim prawym nadgarstku. Od kiedy pamiętam bałam się tego i zawsze kiedy tylko wiedziałam to u kogoś mdliło mnie. Nawet gorzej niż na widok krwi. Szybko odwróciłam wzrok w drugą stronę i utkwiłam spojrzenie w oknie. Przez szybę wpadało jasne światło, co dawało mi do zrozumienia, że jest dzień i jednocześnie, że spałam dość długo zważając, że wyszłam z domu dość wcześnie.
    -Dzień dobry.- odezwała się pielęgniarka wchodząca właśnie do mojej sali. Blondynka uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie po czym związała włosy w kucyk i podeszłam bliżej przyglądając się mojej karcie.  Byłam w lekkim szoku kiedy wyjęła spod fartucha strzykawkę i małą tubkę z jakimś płynem po czym wypełniła nim narzędzie.
   -Czy to jest konieczne?- spytałam patrząc z obrzydzeniem na strzykawkę wypełnioną lekiem. Kobieta posłała mi szczery uśmiech i zgrabnym ruchem uderzyła palcem w znienawidzone przeze mnie narzędzie, tak że powietrze wyleciało.
   -Trzeba było myśleć zanim zażyłaś pokaźną ilość amfetaminy.- powiedziała ostro i już podchodziła kiedy ktoś wszedł do pokoju.  Korzystając z okazji, że kobieta odwróciła wzrok, ukryłam rękę pod białą pościelą i przebiegłam wzrokiem po pomieszczeniu na końcu zatrzymując go na postaci stojącej w drzwiach.  Ciemnooki chłopak stał oparty o framugę i jak zwykle z poważną miną przypatrywał się pielęgniarce, której jakby odebrało dech. Strzykawka, którą miała zamiar mnie doprowadzić do zawału, opuściła na podłogę i nawet się po nią nie schyliła.
   Uniosłam jedną brew wyżej, widząc jak nie może się ani przez moment ruszyć z wrażenia.
  -Witam. Nazywam się Bruno Withon.- powiedział wyjmując z pod kurtki odznakę i okazując ją kobiecie.- Chciałbym zadać poszkodowanej kilka pytań.- powiedział, ale nie widząc reakcji dodał.- Mogę?- powiedział.
  Nawet nie wiem kiedy blondynka znikła, a ja zostałam sam na sam z moim osobistym ochroniarzem. Brunet przeszedł kilka metrów, złapał między palce strzykawkę, którą wcześniej opuściła dziewczyna i obrócił ją w dłoni po czym podszedł do zlewu i wszystko wylał.
  -Nie daj się tu niczym faszerować. Niczym czego nie jesteś pewna.- powiedział spokojnie wyrzucając narzędzie do kosza i opierając się o parapet przy jedynym w tym pokoju oknie.
  -Jak się tu znalazłam? Co się stało?- spytałam. Na usta chłopaka wstąpił delikatny uśmiech.
  -To ja jestem tu od zadawania pytań.- powiedział po czym szybko spoważniał i podszedł bliżej. Złapał za jedno z metalowych krzeseł, obrócił je oparciem w moją stronę po czym usiadł na nim okrakiem i utkwił we mnie swoje brązowe oczy. Spokojnie oddychał, wszystko kontrolował i jak zwykle nie spuszczał mnie z oczu.
   -Ale ja chcę cokolwiek wiedzieć! Nic nie pamiętam!- warknęłam podnosząc się do pozycji siedzącej.
   -Znalazłem cię w jednym z klubów. Wzięłaś jakieś narkotyki, nie wiem jak, ale podejrzewam, że wcisnął je ci ten twój chłopak. Caleb tak?- spytał. Przytaknęłam tylko słuchając dalej.- Widziałem go jak uciekał. Wyminął mnie, ale nie mogłem go gonić. Musiałem zawieźć się do szpitala i zawiadomić mojego przełożonego.- zaskoczona otworzyłam szerzej oczy. Nie rozumiałam. Czemu mieli powiadomić policję?
  -Ale... Jak to? Zawiadomiłeś kogoś że brałam?! Czy ty wiesz, że rodzice mnie zabiją?!- wrzasnęłam odruchowo wręcz.
  -Nie zawiadomiłem ich o narkotykach. To wykryło badanie tutaj, w szpitalu. Przekazałem im tylko, że zgwałcono cię.- siedzieliśmy w ciszy. Brakowało mi słów, jakiegokolwiek argumentu, że kłamie. W którymś momencie moja broda zaczęła się trząść, usta rozchyliłam lekko chcąc nabrać więcej powietrza w płuca, ale potem już nie umiałam ich zamknąć. Siedziałam jak wryta na twardym materacu i tylko wgapiałam się w Bruna z rozdziawioną buzią. Po policzkach popłynęły mi łzy goryczy. Momentalnie wszystko zaczęło mnie boleć, całe ciało. Brzydziłam się siebie.
   Wspomnienia wróciły. Zajście w toalecie, to jak brałam wręcz śmiertelną dawkę, tylko po to by Caleb był szczęśliwy. On mnie wykorzystał.
   -Przykro mi. Powiedz mi tylko gdzie mogę go znaleźć.- w pierwszym momencie pomyślałam, że go wydam, że zniszczę go, ale w końcu ja go kochałam. Nadal. Byłam gotowa mu to wybaczyć. Nie mogłam powiedzieć gdzie jest, gdzie przesiaduje całymi dniami bo w końcu by go zamknęli, ale jeszcze lepiej, kazali by go ze mną skonfrontować. Musiałabym patrzeć mu w oczy i przepraszać, że wydałam go policji. Mimo wszystko on był dla mnie najważniejszy.
   Pokręciłam głową na znak niezgody po czym obróciłam się na drugi bok i wtuliłam w poduszkę.
  - Blanca... Musisz mi powiedzieć. Musimy go znaleźć. On jest przestępcą, a ty dobrze o tym wiesz. Chcesz go jeszcze kryć po tym co ci zrobił?- spytał spokojnie brunet przechodząc w koło i kucając przed moją twarzą.
   -Nie... On jest niewinny... Wyjdź stąd.- powiedziałam zamykając oczy i ocierając przy tym łzy dłonią.- Wyjdź!- krzyknęłam nie słysząc kroków. W końcu odszedł. Zamknął za sobą drzwi i znikł. Wzięłam głęboki wdech, otworzyłam oczy i utkwiłam mój pusty wzrok w białym suficie.

***

         Podkuliłam kolana pod brodę i zamrugałam powiekami nie odwracając ani na moment wzroku od drzwi, który były otwarte od kilku godzin. Czekałam, aż ktoś przez nie wejdzie i mnie zabierze z tego piekła. Liczyłam, że rodzice w końcu zechcą bym wróciła do domu, ale im było to obojętne. Zamiast nich przybył po mnie ten sam chłopak, którego kilka dni temu wyrzuciłam za drzwi. Od tamtego czasu nie przyszedł ani razu. Co prawda co jakiś czas przychodził jakiś policjant, próbując wyciągnąć ze mnie gdzie jest Cal, ale nic nie mówiła. po prostu milczałam, a oni tylko mówili, że potrzebuję więcej czasu, że w końcu wszystko wygadam. 
   Wiem, ze bardzo zraniłam Bruna, kiedy kazałam mu wyjść, uważał, że powinnam mu dziękować za to, że uratował mi dupę, ale ja nigdy nikomu nie dziękuję. Nie przepraszam, nie jego. Jedynym wyjątkiem był Caleb, którego kochałam. 
  -Dzień dobry.- powiedział oschle brunet wchodząc do środka i łapiąc za torbę stojącą koło łóżka. Niechętnie wstałam po czym wolnym krokiem ruszyłam korytarzem. Przez całą tą długą wędrówkę, chłopak trzymał się blisko mnie.
  -Nadal będziesz mnie pilnował?- spytałam nico za ostro. Powinnam była go teraz traktować łagodnie? Niee... Na pewno nie będę tego robić.
   -Tak, ale tym razem gdzie indziej.- powiedział kiedy wsiadaliśmy do jego czarnego mercedesa. Tym razem był tam ogromny bałagan. Wyglądało jakby przeszło tędy tornado. Wszędzie walały się papierowe kubki po kawie na wynos i papierki po hamburgerach. W niektórych miejscach była jakaś plama, jakby wylał coś. Wszystko pięknie komponowało się z jego przemęczonym wzrokiem i nieułożonymi włosami. Chłopak wyglądał jakby nie spał od tygodnia i żywił się jedynie fast-foodami. Co raczej było prawdą.
   -Gdzie?- spytałam po jakimś czasie jazdy. Nie odpowiedział jednak do momentu kiedy auto zatrzymało się przed jedną z kamienic. Wszystko było tu tak obdrapane i brudne, ze można było zwymiotować.
  -U mnie.- odparł wyjmując z bagażnika moją torbę i idąc przed siebie. Ja jednak nadal stałam przy aucie. Nie miałam odwagi się ruszyć kiedy co chwilę ktoś przechodził obok. jakiś dresiarz lub naćpany sąsiad mojego ochroniarza. To wszystko wyglądało jak w jakimś filmie. Bruno podszedł do mnie powoli po czym objął mnie w pasie i wręcz siłą zaciągnął do swojego mieszkania na ostatnim piętrze.
  -Nic ci tu nie grozi. Przynajmniej póki trzymasz się mnie. Nie bój się...- powiedział spokojnie otwierając drzwi.  Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to  ściany w kolorze morskim, białe meble i wielki telewizor na ścianie. Widać było, że ma dobrze płatną pracę. Dziwiło mnie tylko, że zamieszkiwał w tak niemiłej okolicy.
   -Ciężko jest zachować spokój kiedy koło domu kręci się jakiś zakapturzony facet.- powiedziałam patrząc przez okno na mężczyznę. Bruno podszedł do mnie i z uśmiechem na twarzy spojrzał na niego.
    -To Adam. Siedział za włamanie i dilerkę. Niegroźny póki...- przerwałam mu.
   -Póki jestem z tobą.- dokończyłam patrząc mu z oczy. Brunet jakby zdjął swoją maskę, której używał od jakiegoś czasu i cicho się zaśmiał nie spuszczając ze mnie wzroku.
    -Dokładnie.- odparł ukazując mi swoje śnieżno białe zęby. Dopiero teraz udało mi się dostrzec coś co zaczęło mnie w nim pociągać. Ten uśmiech, ta radość i oczy, które mimo wszystko były dziś radosne. Cieszył się, że tu byłam, bo był u siebie, bo mógł w końcu wyłożyć się w fotelu i obejrzeć telewizję, a nie siedzieć w aucie i objadać się hot-dogami i innym świństwem.
   -Co powiesz na lazanię w moim wykonaniu?- spuściłam speszona wzrok kiedy obszedł mnie w koło i złapał w tali obracając w swoją stronę. Zaparło mi dech. Zachowywał się inaczej. Był pewny siebie i zadowolony. Cały czas uśmiechał się.
   -Chętnie...- wydukałam tylko kiedy nasze twarze były zaledwie kilka centymetrów od siebie. Nagle jego oczy pociemniały, usta zacisnął w wąską kresę i delikatnie mnie od siebie odsunął. Znów przybrał swoją maskę i szybko wymijając mnie wszedł jak mniemam do kuchni.

___
Nie należy do najdłuższych niestety, ale musicie mi to wybaczyć. To po prostu chęć skończenia tak, a nie inaczej.

2 komentarze:

  1. Aww <33 Jak słodko <33 Bruno już nie jest taki bezuczuciowy <33 i Nawet coś między nimi chyba było :D Szkoda tylko, że potem znowu zaczął być taki.. Z tą maską ;// Ale Blanca go otworzy ^^ Musi :D A rozdział genialny :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Totalnie zgadzam się z Boddie ;)

    OdpowiedzUsuń